Quos deus vult perdere, prius dementat.

Środa. Popołudnie. Sala wykładowa C1 w budynku Collegium Novum UAM w Poznaniu. Drugi rok filologii angielskiej słucha wykładu z dydaktyki, prowadzonego przez panią dr Evę Zamojską. Wywiązuje się dyskusja na temat wyższości nagradzania nad karaniem.

Jedna ze studentek wysuwa teorię, iż w gruncie rzeczy karanie jest skuteczne, lub też nawet – skuteczniejsze od nagradzania. Jako przykład podaje III Rzeszę – mówi o hitlerjugend i rygorystycznym systemie wpajającym dzieciom posłuszeństwo od najmłodszych lat. I mówi, że to państwo było, obiektywnie rzecz biorąc, dobre, to jest – skuteczne. W przeciągu kilkunastu lat podniosło się z klęski I wojny światowej, stworzyło największą armię ówczesnej Europy, która poszła umierać za ideały wodzów i prawie wygrała wojnę.

Efekt? Komentarze po zajęciach… „Nie było cię? Słuchaj, jaka jazda! Ta dziewczyna powiedziała, że III Rzesza była dobra, że Hitler był dobry… Ona jakaś dziwna jest…”.

Zadziwiające, jak taka krótka droga, łącząca ucho z mózgiem, może być tak trudna i niebezpieczna, że kilka prostych zdań nie potrafi jej przebyć bez szwanku. Jak łatwo jest dopowiedzieć sobie coś, co wcale nie zostało powiedziane.

Ostatnimi czasy „usłyszeć” bardzo rzadko znaczy „zrozumieć”.