tor blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2005

    ‚Twas brillig, and the slithy toves
    Did gyre and gimble in the wabe

    Są w życiu takie chwile, kiedy już się nic człowiekowi nie chce. Od czwartku do niedzieli odnotowałem więcej takich momentów niż przez ostatnie trzy miesiące. Polcon 2005 był chyba najbardziej wykańczającym konwentem, na jakim miałem przyjemność być…

    Tegoroczna, 20. edycja Ogólnopolskiego Konwentu Miłośników Fantastyki odbyła się w tym samym miejscu, co pierwszy Polcon – w ośrodku wczasowym w Błażejewku koło Poznania. Sama lokalizacja była dla mnie sporym minusem. Teren był ogromny i musiałem się niestety sporo nachodzić. Poza tym, konwentowicze jakoś tak się rozleźli i momentami miało się wrażenie (błędne, rzecz jasna, ale zawsze), że nic się na tym konwencie nie dzieje. Ciężko było też dostać piwo o pierwszej w nocy. Z drugiej strony, świeże powietrze…

    Poprowadziłem parę prelekcji. Większość poszła całkiem nieźle, publiczność bawiła się dobrze (chyba) i ja też. Przesiedziałem dwie godziny na bramce, gdzie byłem świadkiem odpierania ataku łowców czarownic z FAKTu. Panie zoczyły punkt programu pod tytułem Sabat Czarownic i przyjechały popstrykać fotki nagim dziewicom tańczącym przy ognisku oraz przeprowadzić wywiad z naczelną sekciarą. Tłumaczenie, iż ten punkt programu to cykl wykładów antropologicznych skwitowały stwierdzeniem, iż ich czytelnicy nie znają słowa „antropologiczny”. Odeszły z kwitkiem.

    Byłem też na spotkaniu z Andrzejem Sapkowskim. I, szczerze mówiąc, to, co się teraz w mediach wyczynia (choćby ten artykuł) w związku z jego wypowiedziami stawia Głos Wielkopolski i Gazetę Wyborczą w jednym rzędzie ze wspomnianym wyżej FAKTem. No bo po co weryfikować wiadomości? Nasi czytelnicy nie znają słowa „rzetelność”. Polecam lekturę wątku Skandaliczne wypowiedzi Sapkowskiego na grupie pl.rec.fanstastyka.sf-f.

    Ogólnie rzecz biorąc, był to dobry konwent. Miło spędziłem czas w gronie znajomych i przyjaciół, poznałem kilku nowych i dobrze się bawiłem. Nieobecni niech żałują. A ci, co mieli pomóc przy organizacji niech mi się lepiej nie pokazują na oczy…

    Ars est philosophia vitae.

    Trzeci weekend sierpnia, podobnie jak poprzedni, spędziłem poza Poznaniem. Zostałem przez Fundację 36,6 oraz Toruńskie Forum Twórców i Animatorów Kultury zaproszony do Torunia, na imprezę pod nazwą per2per, poświęconą pozainstytucjonalnej aktywności w sferze publicznej.

    Pojechałem tam przedstawić ideę Wikipedii oraz wziąć udział w dyskusji na temat współpracy między projektami. Prelekcje (moja o Wikipedii oraz Bouda o Indymedia) trochę się przeciągnęły i niestety na planowaną dyskusję nie starczyło nam już czasu. Ale i tak dużo się działo.

    Na tyle dużo, że ciężko to wszystko zamknąć w zgrabnej małej notce na blogu. Pokazy i prezentacje różnych grup artystycznych, dyskusje na przeróżne tematy, które wypływały z pokazów… Naprawdę sporo pierwszej klasy pożywienia dla TORowych oczu, duszy i umysłu.

    Szczególnie spodobały mi się poziome gejzery (sic!) tworzone w środku miasta za pomocą gaśnic przeciwpożarowych przez Johana i jego grupę REKOLONISATION. Mini-dokument o przyczepie campingowej, stojącej na poznańskiej Cytadeli, autorstwa grupy Wunderteam też był fajny. Poza tym miałem okazję dowiedzieć się jak to jest mieszkać w IKEA (od Zorki Wollny), posprzeczać się o granice między przestrzenią publiczną a prywatną (z Romkiem Dziadkiewiczem) i zgubić na drodzę z Poznania do Torunia (z Augustynem i jego Toyotą). Kolejność powyższej wyliczanki jest przypadkowa.

    Dość powiedzieć, że do tematów poruszonych na per2per będę najprawdopodobniej jeszcze długo nawiązywał na Tor Blogu.

    Z nieco innej beczki: Zauważyłem podczas tego spotkania (a także starając się dodać odpowiednie linki do tego artykułu), że młodzi polscy artyści bardzo słabo zaznaczają swoją obecność w sieci. Trochę to dziwne, bo wydawałoby się, że ci młodzi będą właśnie śmielej korzystać z Internetu…

    Serdeczne podziękowania dla Moniki (za pyszne śniadania), Agnieszki (za czekoladę), i całej reszty (z całą pewnością każdemu mam za co dziękować).

    Długość podróży każe mniemać, że się w końcu przybyło.

    Siedzi sobie człowiek przed tym szklanym ekranem, widzi przelatujące po nim ciągi znaków, a nie wie nawet, jacy wspaniali ludzie się za tymi znakami kryją, gdzieś tam, po drugiej stronie lustra. W miniony weekend uzupełniłem tę lukę w mojej wiedzy, udając się na Zlot Wikimedia Polska 2005.

    Chociaż muszę przyznać, że samo udawanie się nie było zbyt udane. Pociąg o 5:50. Żeby zdążyć musiałem wziąć taksówkę. Na dworcu czynne dwie kasy. Sznury ludzi, 10 minut do odjazdu. Bilet u konduktora. Dopłata 6 złotych… Ale dojechałem.

    Działo się sporo. Na początku, zgodnie z duchem wiki, wyedytowaliśmy sobie sale, tzn. przestawiliśmy ławki z jednej sali do drugiej, a potem z powrotem. Później miałem przyjemność wziąć udział w zbiorowej sesji zdjęciowej do dwutygodnika Ozon (swoją drogą, ciekawe co z tych zdjęć wyjdzie drukiem), okraszonej prześmiesznymi komentarzami, które pozwoliły nam jako tako wytrzymać kilka chwil siedzenia tudzież stania w miejscu.

    Po zakończeniu sesji zdjęciowej przeszliśmy do prelekcji. Dowiedziałem się m.in. ile kosztuje roczna prenumerata poważnego czasopisma naukowego (ponad 1 000 USD). Nie dowiedziałem się jednak na co idą te pieniądze (autorzy nie dostają nic, recenzenci też nie, a redaktorzy gorsze).

    Pod wieczór poszliśmy na wspólną pizzę, na którą niektórym przyszło nieco poczekać (lokal najwyraźniej nie był przygotowany na przyjęcie blisko 30 zamówień naraz).

    Następny dzień upłynął pod znakiem wprowadzania ostatnich poprawek do statutu Stowarzyszenia Wikimedia Polska i formalnej części zlotu – Spotkania Założycielskiego tegoż stowarzyszenia. Wybraliśmy zarząd i, dzięki bogom, udało nam się to wszystko zamknąć jak należy. Jakimś dziwnym trafem zostałem prezesem…

    W niedzielę po południu jechałem wraz z Julem, Lzurem, Ausirem i Tawem małym Fiatem Siena w kierunku Wrocławia. Oczywiście musiał się popsuć. Po co komu czarne koty? Starczy TOR. Ale dojechałem. Z pomocą pomocy drogowej i PKP.

    Wnioski: (a) kupić nowe buty, (b) kupić plan Krakowa i/lub helikopter oraz (c) [miejsce na twoją reklamę].

    Serdeczne podziękowania dla Grabi z rodziną (za miejsce do spania) i Jula z samochodem (za dobre chęci).

    Zachęcam do obejrzenia zdjęć ze Zlotu.

    Monarcha czasem bywa Kaligulą, czasem Markiem Aureliuszem. Lud nigdy nie bywa Markiem Aureliuszem.

    Kierunki w jakich potrafią się potoczyć rozmowy nie przestają mnie zadziwiać. Od żaglowców do ustrojów politycznych. Całość podsumowała Kasia stwierdzając co następuje (cytat z pamięci): Wolę demokrację od monarchii. W demokracji władza przynajmniej udaje, że obywatele mają coś do powiedzenia.

    A ja właśnie wolałbym monarchię. I to nie jakąś tam farsę z marionetkowym monarchą, który ma się szeroko uśmiechać do kamer i „panować, ale nie rządzić”. Nie, ja chciałbym porządną dziedziczną monarchię, z silną władzą wykonawczą skupioną w rękach władcy i parlamentem w roli zaworu bezpieczeństwa. Zabrzmiało pompatycznie i mało realnie? A pamiętacie Konstytucję 3 maja? Niestety, jest to w dzisiejszym demokratycznym świecie pogląd dość niepopularny i szanse na odpowiednie zmiany w Polsce są dość nikłe. A szkoda, bo zalety takiego ustroju są dość znaczne.

    Po pierwsze, powoduje sytuację, w której rządzą ludzie od kołyski kształceni do tego właśnie zadania. Nie hydraulicy, lekarze czy elektrycy z wąsami. A w republice? Co człowiek bez wyższego wykształcenia może zrobić po objęciu urzędu? Musi zacząć się uczyć rządzić. Kadencja trwa 4 lata. Przez dwa lata taki ktoś stara się w całym tym bajzlu połapać (pamiętajmy, że w tym czasie nic nie stoi w miejscu, i całe państwo wali się ktosiowi na głowę). Przez kolejne dwa lata ktoś stara się bardzo, żeby go wybrano na kolejną kadencję. Państwo dalej wali mu się na głowę, ale już go to za bardzo nie obchodzi. No dobrze, nie wali się, bo jakoś ten cały mechanizm przecież działa. A działa tylko dzięki rzeszom doradców. Tylko, że nie głosujemy na doradców, a na ktosiów. To nawet nie jest demokracja pośrednia, to jest pośrednia demokracja pośrednia. Witamy w Rzeczpospolitej Doradców.

    Po drugie, człowiek, który jest absolutnie pewien, że jego potomek za jakiś czas będzie musiał rządzić tym kawałkiem ziemi i garstką ludzi, będzie się o wiele bardziej starał by ziemia była bardziej mlekiem i miodem płynąca, a ludzie zadowoleni. Prawda, historia zna władców złych. Ale zna też dobrych. Ilu znacie dobrych polityków? Ja jestem skłonny zaryzykować trafienie na złego króla. Gorzej już i tak nie będzie.

    Po trzecie, historycznie rzecz biorąc, monarchia jest zwyczajnie bardziej skuteczna. Ile to spektakularnych sukcesów odniosła Polska jako republika? Jedna wygrana wojna z bolszewikami. Porażek jestem w stanie naliczyć nieco więcej. Można co prawda powiedzieć, że nie mieliśmy czasu by rozwinąć skrzydła, i pewnie będzie w tym trochę racji. Ale nawet patrząc globalnie, na republiki świata, widać tylko trzy, którym się powodziło: starożytną Grecję, starożytny Rzym i nie-starożytne USA. Przy czym należy zwrócić uwagę na fakt, iż pierwsze dwie były demokracjami bezpośrednimi, Rzym dużo lepiej sobie radził jako cesarstwo (tak samo zresztą jak później Francja), a Stany miały niebywale dogodne warunki geopolityczne (czytaj: cały kontynent dla siebie).

    Teraz… Co może zrobić taki monarchista jak ja, by promować jakoś swój wymarzony ustrój wśród współ-poddanych… er… -obywateli? Założyć bloga? Zrobione. Wstąpić do partii lub innego ugrupowania politycznego? No niebardzo.

    Wszystkie partie obecne w dzisiejszym sejmie odpadają z gruntu jako pro-republikańskie. Zostają takie ugrupowania jak Klub Zachowawczo-Monarchistyczny czy Unia Polskich Ugrupowań Monarchistycznych.

    Z deklaracji ideowej KZM (punkt pierwszy): Widzimy zatem konieczność uznania religii katolickiej za panującą w Państwie Polskim (z pełną tolerancją innych wyznań). Nie, dzięki.

    Ze strony internetowej UPUM: Całkowity koszt uzyskania w pełni wiarygodnego (na życzenie zainteresowanego, potwierdzonego notarialnie, za dodatkową opłatą), potwierdzenia szlachectwa jest umiarkowany. Żeby nikt nie mówił, że wyrywam z kontekstu: tak, potrzebne są stosowne dokumenty genealogiczne i nie, nie można sobie kupić herbu. Można, jeśli ma się herb, kupić sobie papier, na którym będzie napisane, że ma się herb. To jest ugrupowanie polityczne czy telezakupy?

    Cóż więc pozostaje? Nic poza okrzykiem „Niech żyje król!”

    I tylko czasem się zastanawiam, czy ten nasz orzeł to hipokryta, czy marzyciel, jak ja…

    Grey. You said green men. A Reticulan’s skin tone is actually grey.

    Środek lata. Nic się nie dzieje. Nudy.

    Jakiś czas temu na Starym Rynku w Poznaniu podszedł do mnie jakiś facet.
    – Co sądzisz o sezonie ogórkowym?
    – No… Nudy.
    – Wcale nie trzeba się nudzić! Zabij ogóra.
    To rzekłszy wręczył mi ogórka. Był to całkiem zwyczajny, świeży zielony ogórek z całkiem zwykłą nalepką z napisem „zabijogora.tutej.pl” (też zwykłym).

    Wygląda na to, że pomysłowe i/lub śmieszne reklamówki w telewizji przestały być gwarancją sukcesu. Prawie każda jest śmieszna, pomysłowa lub jedno i drugie (pomijając reklamy proszków do prania, past do zębów i podpasek). Ciężko się wybić.

    Tak więc strony internetowe reklamuje się rozdając ogórki na ulicy. Nowe kolekcje ciuchów promuje się obracając wybieg o 90 stopni w pionie, a salon fryzjerski – strzygąc modelki pareset metrów nad ziemią lub pod wodą. Brakuje tylko spotu wyborczego ze zlewozmywakiem w roli głównej.


    • RSS