Never underestimate the power of the Force.

Swego czasu obejrzałem w telewizji sporo przedstawień Davida Setha Kotkina vel Davida Copperfielda, ze zniknięciem Statuy Wolności włącznie. Robi wrażenie, prawda? Ale i ten wyczyn blednie w porównaniu z innymi zniknięciami.

Nowy numer GG, hasło na bloga albo nowy blog, nowy numer telefonu i e-mail. I puf! Nie ma człowieka. Ostatnio jakoś dużo tego typu magicznych wyczynów obserwuję. Powód? Przeważnie były bądź niedoszły chłopak, który nie chce się pogodzić z tym, że jest były bądź niedoszły lub po prostu mu się nudzi. Nie słyszałem jeszcze, żeby powodem była dziewczyna… Panie chyba nieco mniej natarczywe są.

W każdym razie… Nie rozumiem jednego. Czemu nie skorzystać z dostępnych instrumentów prawnych? Skoro już się chce poświęcić czas i pieniądze na zniknięcie, to dlaczego nie przejść się do pana dzielnicowego? Dlaczego zamiast zmieniać numer GG nie skorzystać funkcji blokuj tudzież ignoruj? Być może nie potrafię się wczuć w sytuację, ale logicznie rzecz biorąc, jeśli ktoś nie daje żyć, to należy mu odpłacić pięknym za nadobne. Jeśli ktoś wymierzy ci policzek, wybij mu zęby.

Ten powyższy przykład można nieco rozciągnąć, by objął szerszy problem. Jakoś tak się nam przez ten komunizm i inne zawirowania dziejowe wykształciła kultura i negatywny stosunek do sądownictwa, że słowo pozew większości ledwo przez gardło przechodzi. W Stanach standardową odpowiedzią na wszelkie skargi jest bardzo często „Pozwij mnie” (nota bene hasło tegorocznego Polconu). A u nas? Raczej „Możesz mi naskoczyć” lub inna tego typu sympatyczna odzywka. Nikomu nawet nie przejdzie przez głowę, ani potencjalnemu pozwanemu ani pozywającemu, że sprawa mogłaby się skończyć w sądzie. Mimo iż pozywający z całą pewnością sprawę by wygrał.

Z drugiej strony mamy ludzi na każdym kroku grożących pozwami każdemu za cokolwiek. Choćby pan Arnold Buzdygan, który ostatnio zagroził kilku autorom hasła o nim procesami. Tylko, że i z tych pozwów nic nie wychodzi (jeśli niedoszły pozywający ma choć trochę oleju w głowie) i wszystko się kończy na groźbach właśnie. Czasem się zastanawiam jakież to sprawy tak zapychają te nasze biedne polskie sądy…

Trochę to smutne, to nasze tchórzostwo. Choć z drugiej strony sam do końca nie wiem jak bym się w podobnej sytuacji zachował. Przy odrobinie szczęścia nigdy się nie dowiem.