Demokracja to taki ustrój, który gwarantuje nam, że nie będziemy rządzeni lepiej niż na to zasługujemy.Jacek Kuroń

No to mamy prezydenta (niby to tylko sondaże, ale przy takiej różnicy nie ma możliwości, aby się myliły). Ponieważ zwykle zrzędzę o tym, co mi się w polityce nie podoba tym razem postaram się wskazać pozytywy. Na swój własny, zrzędliwy sposób, rzecz jasna.

Włączywszy GG w jakieś dwie godziny po ogłoszeniu wyników ujrzałem szereg apeli o założenie czarnych wstążek, ciemnych ubrań i innych akcesoriów pokutniczych dnia następnego. Ludzie! Żałoba? No tu to się zdecydowanie komuś coś pomyliło. Zatem protest może? Ale, przeciwko czemu, na wszystkich bogów? Żyjemy w demokratycznym kraju, a to, między innymi, oznacza, że decyduje większość (tych, którzy chcą decydować). Tak wyszło i trudno. Jeśli się komuś zaistniała sytuacja nie podoba, to powinien być raczej za zmianą systemu na autorytarny, niż protestować przeciwko temu konkretnemu wyborowi. Takie protestowanie jest bezcelowe – za 5 lat możecie się, moi drodzy, znowu znaleźć w mniejszości.

Za wielki sukces polskiej demokracji uważam frekwencję. A raczej jej tendencję wzrostową: w wyborach parlamentarnych było 40,19%, w pierwszej turze prezydenckich 49,74%, a w drugiej – około 51%. To znaczy, że Polacy potrafią się zmobilizować i zadecydować. To, na kogo głosują, jest sprawą drugorzędną. Jeśli ktoś jest przekonany, że to Tusk powinien wygrać, nie powinien się wściekać na tych, którzy zagłosowali na Kaczyńskiego, tylko na tych, którzy nie poszli zagłosować.

Co dalej się będzie działo z tym bajzlem? Powstanie koalicja rządowa. Niestety przez te kilka tygodni zdążyło narosnąć wokół tego nieistniejącego jeszcze rządu sporo mitów i zabobonów. Datrio pisze, że PO i PiS w niczym się nie zgadzają. Bzdura, która wyewoluowała na gruncie ostrej kampanii wyborczej i była potem bezmyślnie powtarzana przez media. Obie partie chcą obniżyć podatki, obie są raczej konserwatywne jeśli chodzi o małżeństwa homoseksualne (choć PO nieco mniej), a co najważniejsze – obie chcą rządzić. Różnice oczywiście są, ale ta ostatnia wspólna cecha z pewnością pozwoli je przezwyciężyć.

Z innej beczki: Umrę ze śmiechu, jeśli zamiast Marcinkowskiego premierem zostanie jednak Kaczyński. To by był majstersztyk strategii i planowania politycznego.