Hard work never killed anyone, but why take a chance?Ronald Reagan (przypisywane)

Nie, wbrew pozorom nie będzie dzisiaj nowych rewelacji w sprawie Lwa Rywina. Dzisiaj będzie o fotelu. A konkretnie o fotelu marszałkowskim.

Bezpośrednią przyczyną całego tego dwudniowego bajzlu (11-12 stycznia 2006) był właśnie ów fotel. Mnie się osobiście w głowie nie mieści w jaki sposób wicemarszałek może nie oddać prowadzenia obrad marszałkowi na jego wyraźne polecenie. W dowolnym innym kontekście działanie takie (sprzeciw wobec bezpośredniego przełożonego) spotkałoby się z natychmiastowymi konsekwencjami. W zakładzie pracy – zwolnienie dyscyplinarne. W wojsku – sąd wojskowy, degradacja, zwolnienie ze służby… A tu co mamy? Niemal 300 osób staje za wicemarszałkiem murem i jest pat.

Tak jak ogólnie nie toleruję PiSu, tak w tej konkretnej sytuacji, niezależnie od tego czy była elementem jakiejś szerszej gry politycznej czy tylko wybrykiem Kotlinowskiego, Marek Jurek miał rację.

Mało tego, jego reakcja mogła spokojnie być dużo bardziej stanowcza. Starczyło poprosić na salę straż marszałkowską i powiedzieć, jak to zgrabnie ujął mój ojciec, „proszę mi zabrać to gówno z fotela”.

Słowo na koniec: Ja bardzo lubię panią profesor Gilowską. Serio. Wpadła na miejsce Czarownicy, bo do głowy przyszły mi tylko ona i poseł Senyszyn, a ta druga jest zdecydowanie mniej znana.