Jezusmaria. Ludzie! „Kod Leonarda da Vinci” to plagiat!

Kiedy wczoraj usłyszałem to w wiadomościach, mało nie spadłem z fotela ze śmiechu. Sensację sobie znaleźli. Setki ludzi wspominały o tym od momentu wyjścia na rynek książki Browna, uśmiechając się przy tym pobłażliwie i z rezygnacją kiwając głowami. Bo przecież nikt nie słuchał.

Ale teraz sprawa jest w sądzie i jest o czym robić reportaże. Źli, zgorzkniali, rządni pieniędzy i sławy pisarze pozywają biednego Dana Browna. Mniej więcej w tym tonie całą sprawę opisano na blogu kontrrewolucja.pl (krótkie, przeczytać, będą nawiązania). I o ile samo szersze zainteresowanie mediów sprawą rzekomego plagiatu (domniemanie niewinności) dopiero w 3 lata po publikacji książki polepszyło mi humor, o tyle komentarz do całej sprawy, jaki znalazłem w przytoczonym wyżej artykule humor mi bardzo skutecznie popsuł.

Od kilku lat wzdycham i jęczę, że znakomita (w sensie ilościowym wyłącznie) część społeczeństwa polskiego nie ma zielonego pojęcia czym są i jak działają prawa autorskie. Odnoszę wrażenie, iż autor artykułu jest, niestety, członkiem tej znakomitej części.

To teraz będzie krótki wykład. Na początek proste pytanie: Co jest objęte ochroną prawa autorskiego? Wszystko? Nie.

Czy jeśli napiszę na murze HWDP to będzie to dzieło chronione prawem autorskim (kwestie własności muru oraz problemy natury ortograficznej dla uproszczenia pomijamy)? Nie będzie. Aby dany wytwór ludzki mógł podlegać ochronie na zasadach prawa własności intelektualnej musi być oryginalny. Napisów HWDP są w tym kraju miliony. Oryginalności zero. Gdybym ten sam napis na tej samej ścianie wykonał za pomocą 14 różnych kolorów, używając przy tym nigdzie wcześniej nie spotkanych kształtów liter i dorysowując ptaszka w lewym górnym rogu, wtedy moje dzieło byłoby chronione.

I jeszcze dwie ważne uwagi. Po pierwsze, prawa autorskie wygasają po 70 latach od śmierci autora. Po drugie, fakty nie podlegają ochronie praw autorskich.

Na bazie tych trzech zastrzeżeń da się z łatwością rozbić twierdzenia przedstawione w kontrrewolocuja.pl. Książka o Cesarstwie Rzymskim i spadkobiercy Gibbona? Podpowiedź: prawa autorskie to pomysł młody. Motyw kobiety w opałach i detektywa z kryminałów noir? Autor sam pyta „kto pierwszy to wymyślił?” Było to stosowane tyle razy, że straciło swoją oryginalność. Posłużę się tutaj cytatem z Heinricha Heine‚a: Kto pierwszy nazwał kobietę różą, był poetą. Kto to powtórzył, był tylko komplemenciarzem. Gdyby ten, który pierwszy to wymyślił pozwał tego, który użył tego motywu jako drugi, prawdopodobnie sprawa wyglądałaby dzisiaj inaczej. Ale nie pozwał i dlatego teraz pomysł ten jest już we wspominanym przez autora worku idei. Informacje o masonerii, Luwrze, religiach… No właśnie – informacje. Fakty. Nie podlegają ochronie.

Ze „Świętym Graalem…” i „Kodem…” było inaczej. Zawartość tej pierwszej książki to pewna teorią, mniej lub bardziej naukowa, ale z pewnością oryginalna. Nikt nikomu nie broni pisać książek o Graalu, o templariuszach, o Marii Magdalenie, o Merowingach i o Prieuré de Sion. Ale, na wszystkich bogów, jeśli się to wszystko łączy ze sobą w dokładnie taki sam ciąg przyczynowo-skutkowy, to trzeba się liczyć z tym, że autorowi pierwowzoru nie będzie się to podobało. Bo to jest jego praca i jego własny, oryginalny pomysł.

Jestem gorącym zwolennikiem ruchu otwartej treści i wolnego oprogramowania. Ale całe piękno tego zjawiska polega na jego dobrowolności. A tutaj nagle odzywają się głosy, że prawa autorskie to wytwór szatana. Nie! Nic na siłę. I nie, to nie ma nic wspólnego z niedawną sprawą europejskich patentów na oprogramowanie. Serio.