No i mam za sobą pierwszy w tym roku konwent – CoolKon, który odbył się w miniony weekend we Wrocławiu. Odespałem, wypocząłem i przemyślałem wszystko co się tam działo. Teraz czas na recenzję.

Pierwszy problem pojawił się tuż po wejściu. Gołym okiem było widać, że panowie z obsługi nie mają doświadczenia w kierowaniu tłumem i sprawnym załatwianiu formalności. Wydawanie akredytacji szło więc dość wolno. W końcu jednak dostałem identyfikator, program i szklaną kulkę (w końcu CoolKon…) i mogłem udać się do sali sypialnej, aby tam w spokoju przestudiować program.

I tu drugi problem… Konwent miał, niestety, program dość ubogi. Czy też może inaczej – znaczna część programu nie trafiła w moje gusta. Zdecydowanie za dużo Star Wars i zbyt mały wybór prelekcji w ogólności. Na konwencie funkcjonowały trzy sale prelekcyjne. Dla niektórych to może być „aż” lub „w sam raz”, dla mnie to niestety jest „tylko”. Na Pyrkonach przyzwyczaiłem się do 4 sal prelekcyjnych + sali SW + sali mangi i anime + … No ale tutaj nie bez znaczenia był zapewne rozmiar szkoły (średniej wielkości parterowe gimnazjum), dlatego zbytnich pretensji do organizatorów nie mam.

Na dobrą sprawę konwent zaczął się dla mnie w sobotę o 16 od świetnego LARPa w 7th Sea. Potem było już tylko lepiej. Prawie trzygodzinna dyskusja o piekarzach (sic!), szybki kurs wojskowości Eisen, wymiana pomysłów na temat ekspresowego tworzenia BNów i… Kalambury.

Gdybym miał określić ten konwent jednym słowem, byłoby to właśnie słowo „kalambury”. Graliśmy do późnych godzin wieczornych w piątek, do wczesnych godzin porannych z soboty na niedzielę i niemal do samego wyjazdu pod koniec konwentu.

Podsumowując: Mamo, mamo, ja chcę jeszcze raz!

Serdeczne podziękowania dla całej ekipy kalamburowej.

Pierwszy wyraz w trzeciej osobie liczby mnogiej, czas przyszły, strona bierna, naleciałość z francuskiego z XVII wieku… –Szczur