tor blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2006

    No to wpadłem. Oficjalnie jestem multibloggerem. Oprócz Tor Bloga prowadzę już od jakiegoś czasu innego, tajnego bloga. I nie jest on bynajmniej tajny dlatego, że się na nim wypłakuję i wyżalam. Przewidywana data odtajnienia to połowa czerwca. Ale o tym wspomniałem jedynie przy okazji. Głównym bodźcem do powyższego oświadczenia jest bowiem fakt, iż od soboty bloguję także na iThink.pl.

    iThink - wyraź się

    Może jest to stwierdzenie trochę na wyrost, ponieważ iThink od tradycyjnego bloga nieco się różni.

    Po pierwsze tym, że nie prowadzi go jedna osoba. Podział artykułów ze względu na autorów co prawda jest, ale zepchnięty na drugi plan przez podział ze względu na kategorie tematyczne.

    Ale to jeszcze nic. Każdy artykuł dodany do bazy serwisu zostaje wysłany do 10 losowo wybranych użytkowników. Następnie użytkownicy ci głosują za zamieszczeniem go w serwisie lub odrzuceniem. Na dzień dzisiejszy artykuł musi uzyskać 3 głosy poparcia, żeby znaleźć się w odpowiedniej kategorii i na stronie głównej (sądząc po jakości niektórych zaakceptowanych artykułów to troszkę za mało, może w przyszłości wymagania będą wyższe). Jeśli odpadnie, jest dalej widoczny jedynie w dorobku autora. Ten system ochrzczono mianem randomkracji. Mam już za sobą publikację pierwszego arta pt. Nastolatki, iThink i zbawienna autocenzura. I muszę przyznać, że oczekiwanie na akceptację było dość emocjonujące…

    Koncepcja jest dość oryginalna i przypadła mi do gustu. Ale czy da się ją wrzucić do blogowego worka? Przy okazji w/w artykułu wymieniłem na ten temat kilka postów z Rafałem Janikiem, twórcą serwisu. Rafał twierdzi, że iThink to serwis dziennikarski i od etykietki bloga raczej ucieka. Zważywszy na nieco negatywne skojarzenia jakie wzbudza w szarym polskim internaucie ten termin jest to, poza wszystkim innym, niewątpliwie dobre posunięcie marketingowe. Ale czy faktycznie iThink tak daleko ma do blogów? Nie wydaje mi się. Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja do pociągnięcia tej dyskusji dalej…

    A tymczasem – zapraszam do iThink. Wyraźcie się!

    Kilkanaście dni temu minął rok od założenia tego bloga. Szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłem, kiedy to się stało. Ależ ten czas ostatnio przecieka przez palce…

    No, ale wracając do tematu… Mimo, iż od pewnego czasu nie mam zbyt wiele czasu na pisanie kolejnych artykułów, a polityka, która od początku była jednym z głównych tematów tutaj poruszanych, strasznie mnie mierzi, Tor Blog z pewnością będzie trwał i się rozwijał.

    Dziękuję wszystkim, którzy przez ten rok (lub jego część) czytali moje zamieszczane tutaj pisanie. Mam nadzieję, że kolejne publikacje również przypadną Wam do gustu.

    Teraz trochę o zmianach. Po pierwsze i najważniejsze, zmieniła się licencja, z CC-by-nc przeszedłem na bardziej liberalną CC-by. Dodałem też informacje prawne. Z rzeczy mniej technicznych: założyłem konto na Technorati i dodałem link dodający bloga do ulubionych (niniejszym zachęcam do skorzystania).

    Na koniec czerwca lub początek lipca planuję rozpoczęcie prac nad logowaniem i nowym formularzem do dodawania komentarzy.

    Nie jestem osobą, która łatwo trzyma język za zębami. Owszem, prywatnych sekretów mi powierzonych staram się nie zdradzać, ale już z tymi dotyczącymi jakichś większych projektów mam problemy. Bo czemu niby nie wolno mi pochwalić się tym, że… No właśnie. Ech…

    Ale to jest jeszcze nic. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że na forach serwisu Candlekeep można zadawać pytania Edowi Greenwoodowi (twórcy świata Zapomnianych Krain). I faktycznie, ludzie pytają o najróżniejsze szczegóły, od bardzo szczegółowych pytań o konkretnych bohaterów po takie tematy rzeki jak obecność kawy czy herbaty w Krainach. I Ed zwykle odpowiada, pisząc istne elaboraty, rzucając tonami informacji, których nikt się nie spodziewał.

    Zwykle, ponieważ o niektórych aspektach tego, bądź co bądź stworzonego przez niego od podstaw, świata mówić nie może. Dlaczego? A bo na przykład licencję na opisywanie Wrót Baldura ma firma Interplay (wydawca serii gier komputerowych spod znaku Baldur’s Gate). Bo na temat tego czy tamtego bohatera R.A. Salvatore pisze akurat powieść. Bo świat musi być spójny. Bo się podpisało cyrograf… tfu… NDA.

    Na poziomie makro to się niby wszystko zgadza. Czytelnicy i gracze oczekują, że ich ulubiony setting będzie się „trzymał kupy” i że różni tworzący go autorzy nie będą sobie nawzajem przeczyć. Ale jak tylko zejdziemy o poziom niżej, poziom na ktory Ed siedzi sobie w swoim domku w Ontario, nie jest już tak różowo.

    Facet spędził lata swojego życia dopieszczając niezwykle rozbudowany zbiór pomysłów i idei jakim są Zapomniane Krainy. Po czym ten zbiór sprzedał, żeby mieć co jeść. I co? Teraz nie ma nad nim praktycznie żadnej kontroli. Nie może o nim nawet bez przeszkód mówić. Musi za to ostrożnie poruszać się w labiryncie przeróżnych kontraktów i umów, a nie jest przecież prawnikiem, tylko bibliotekarzem.

    Czasem mam wrażenie, że kapitalizm to wytwór Szatana.

    Odpocząłem. Wyspałem się. Trochę ochłonąłem (aczkolwiek niebardzo). Mogę więc nakreślić szybki raport ze Zlotu Wikimedia Polska 2006, który odbył się we Wrocławiu w miniony weekend, tj. w dniach od 29 kwietnia do 1 maja.

    Do Wrocławia wybierałem się trochę jak sójka za morze. Jeden pociąg przespałem, następny odjechał jak się pakowałem, a kolejny uciekł mi praktycznie sprzed nosa. Ale dojechałem…

    Tegoroczny, trzeci już Zlot miał nieco inną formułę niż dwa poprzednie. Pierwszy (Kraków 2005) był zapoznawczy. Wspominaliśmy, bawiliśmy się i miło spędzaliśmy czas. Drugi (Chorzów 2005) był kameralny. Miły lokal, ci sami ludzie, grzane wino…

    Tegoroczny był bardziej formalny. Do znanych mi z poprzednich spotkań koleżanek i kolegów dołączyło nagle kilkanaście nowych osób, z których części zupełnie nie kojarzyłem (nawet z Wikipedii) lub kojarzyłem bardzo słabo. Sala konferencyjna nie sprzyjająca zbytnio rozmowom kuluarowym i ilość prelekcji niewspółmierna do ilości czasu… Przez to wszystko musiałem ludzi popędzać i uciszać (czego nie lubię), a nawet sam byłem popędzany (czego wręcz nie znoszę).

    Mimo to, był to zdecydowanie najlepszy Zlot z dotychczasowych. Miejsce na prywatne rozmowy w mniejszym gronie, choć ciasne i na stojaka, się znalazło. Przyjechali wikimedianie z Francji i Niemiec, z którymi świetnie się rozmawiało i wymieniało pomysły. Miałem też dzięki nim okazję poćwiczyć tłumaczenie symultaniczne w obie strony (kto nigdy nie próbował nie ma pojęcia jak to jest męczące). Goście spoza społeczności projektów Wikimedia także okazali się strzałem w dziesiątkę. Jarek Lipszyc roztoczył przed nami wspaniałą wizję wolnych podręczników (za którą trzymam kciuki), a Gandalf dość dobitnie wykazał, że Wikipedia nie jest wcale taka wspaniała jak mogłaby być (choć to, zdaje się, nie było pierwszorzędnym celem jego wykładu…).

    Najbardziej jednak cenię sobie nie do końca wytłumaczalny ładunek pozytywnej energii, z jakim opuściłem Wrocław. Energii, którą wciąż jeszcze czuję i która powinna mnie popychać do przodu aż do następnego Zlotu. A tymczasem… 20 maja spotkanie w Poznaniu

    Wzrokowcom polecam rzucić okiem na zdjęcia ze Zlotu.

    Aha, jeszcze jedno na koniec… Na zlocie obecny był także Arnold Buzdygan. Jedno co mogę powiedzieć to: nie taki Arnold straszny, jak go malują. Kolejny dowód na to, że prawda zawsze leży pośrodku.


    • RSS