Nie jestem osobą, która łatwo trzyma język za zębami. Owszem, prywatnych sekretów mi powierzonych staram się nie zdradzać, ale już z tymi dotyczącymi jakichś większych projektów mam problemy. Bo czemu niby nie wolno mi pochwalić się tym, że… No właśnie. Ech…

Ale to jest jeszcze nic. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że na forach serwisu Candlekeep można zadawać pytania Edowi Greenwoodowi (twórcy świata Zapomnianych Krain). I faktycznie, ludzie pytają o najróżniejsze szczegóły, od bardzo szczegółowych pytań o konkretnych bohaterów po takie tematy rzeki jak obecność kawy czy herbaty w Krainach. I Ed zwykle odpowiada, pisząc istne elaboraty, rzucając tonami informacji, których nikt się nie spodziewał.

Zwykle, ponieważ o niektórych aspektach tego, bądź co bądź stworzonego przez niego od podstaw, świata mówić nie może. Dlaczego? A bo na przykład licencję na opisywanie Wrót Baldura ma firma Interplay (wydawca serii gier komputerowych spod znaku Baldur’s Gate). Bo na temat tego czy tamtego bohatera R.A. Salvatore pisze akurat powieść. Bo świat musi być spójny. Bo się podpisało cyrograf… tfu… NDA.

Na poziomie makro to się niby wszystko zgadza. Czytelnicy i gracze oczekują, że ich ulubiony setting będzie się „trzymał kupy” i że różni tworzący go autorzy nie będą sobie nawzajem przeczyć. Ale jak tylko zejdziemy o poziom niżej, poziom na ktory Ed siedzi sobie w swoim domku w Ontario, nie jest już tak różowo.

Facet spędził lata swojego życia dopieszczając niezwykle rozbudowany zbiór pomysłów i idei jakim są Zapomniane Krainy. Po czym ten zbiór sprzedał, żeby mieć co jeść. I co? Teraz nie ma nad nim praktycznie żadnej kontroli. Nie może o nim nawet bez przeszkód mówić. Musi za to ostrożnie poruszać się w labiryncie przeróżnych kontraktów i umów, a nie jest przecież prawnikiem, tylko bibliotekarzem.

Czasem mam wrażenie, że kapitalizm to wytwór Szatana.