Chciałem o tym napisać wczoraj, tuż po meczu Anglii ze Szwecją, ale byłem tak rozbity tym remisem, że spasowałem. No właśnie… Bo ja to zacząłem, moi drodzy, oglądać mecze piłki nożnej (sic!). A stało się to dzięki bet-at-home.com. Ale to już zupełnie inna historia…

Do rzeczy. Chciałem się podzielić refleksją, która naszła mnie po obejrzeniu występu drużyny Anglii i porównaniu go z grą reprezentacji Polski. Refleksję tą można streścić w czterech słowach: Z czym do ludzi? Kto przy zdrowych zmysłach mógł choćby przypuszczać, że Polska mogłaby mieć cień szansy na wyjście z grupy? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że oni grają po prostu średnio tudzież miernie.

Podania piętą, wyrafinowane zwody, trzy podania w ciągu niecałych dwóch sekund. Konia z rzędem temu, kto zauważy te i inne podobne elementy w grze Polaków.

Skąd się zatem bierze mit polskiej piłki? Mit, który każe ogromnym rzeszom Polaków wierzyć, że ich drużyna może na imprezie tej rangi wygrywać? Zgoda, zajęliśmy trzecie miejsce na MŚ w ’74. Zdobyliśmy medal olimpijski. I co z tego? Gdyby jeden człowiek na podstawie zdarzenia sprzed ponad 20 lat oczekiwał jakichś konkretnych rezultatów dziś, wysłano by go do psychiatry. Co zrobić, kiedy robi to cały kraj…?

Gdy wczoraj rozmawiałem o tym z Piotrem Cywińskim, powiedział on, że jest różnica między piłką nożną a footballem. Amen.