tor blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2006

    Claygirl ostatnio zawzięcie wojuje o wprowadzenie obsługi XFN™ na joggerze. Po przeczytaniu notki na jej blogu zainteresowałem się sprawą i, rzecz jasna, wprowadziłem XFN na Tor Blogu.

    XFN to, w dość dowolnym tłumaczeniu, XHTMLowa Sieć Przyjaciół – prosty sposób na wyrażenie swojej relacji do osób, do których stron internetowych linkujemy. Zachęcam do zapoznania się z wprowadzeniem do XFN oraz krótką instrukcją obsługi (niestety obie strony są po angielsku, polskich materiałów nie znalazłem).

    Ad astra?

    2 komentarzy

    Discovery wylądował. Nic nie wybuchło, nic nie odpadło, nikt nie zginął. Moim zdaniem należy się cieszyć wyłącznie z tego ostatniego faktu.

    Amerykańskie wahadłowce powstały w latach 70. poprzedniego stulecia. Są przestarzałe, nieekonomiczne i przestarzałe. Nie da się podbić kosmosu latając w czymś, co się rozpada, jeśli jeden kafelek poszycia się obluzuje. A kafelków jest około 31.000.

    ESA już dwa razy planowała budowę własnych wahadłowców.

    Pierwszy z nich, Hermes, był wzorowany amerykańskim projekcie X-20. Miał wejść do użytku w 1995 roku. Program został jednak zamknięty na dwa lata przed tą datą. Dlaczego? Wikipedia podaje, że powodem była „zmiana klimatu politycznego i finansowego” (cokolwiek miałoby to znaczyć…). Budowy Hermesa nigdy nie ukończono.

    EADS Phoenix
    EADS Phoenix, fot. © SSC

    Drugą próbę podjęto całkiem niedawno. Skonstruowano prototyp, Phoenix (na zdjęciu), na bazie którego miał następnie powstać (między 2015 a 2020) właściwy wahadłowiec, Hopper (strasznie durna nazwa, swoją drogą). Tutaj pomysł był dużo śmielszy. Pojazd miał być rozpędzany do prędkości kosmicznej na długiej magnetycznej rampie, co miało być dużo tańsze niż używane przez NASA rakiety. I co się stało? Projekt zamknięto. Nie udało mi się dokopać do informacji na temat powodów tej decyzji.

    Po co piszę to wszystko? Żeby pokazać, że pomysły są. Ale najwyraźniej wszyscy, z Amerykanami na czele, wyznają zasadę „don’t knock it if it works” – skoro działa, to nie należy nic zmieniać.

    Gdyby Discovery uległ awarii, program lotów kosmicznych NASA zostałby najprawdopodobniej wstrzymany. Ale po kilkunastu latach mielibyśmy nowszy, lepszy i zapewne tańszy w eksploatacji sprzęt. A tak… Cóż, pozostaje telewizja i kolejne powtórki Star Trek: Enterprise i Andromedy

    Tomek mi dzisiaj podrzucił linka do wyników wyszukiwarki NetSprint dla zapytania „Adam Małysz”.

    Firma NetSprint, po krótkich konsultacjach z Wikimedia Polska w sprawach związanych z licencją, zaczęła prezentować informacje z Wikipedii w swojej wyszukiwarce. Wygląda dobrze, nieprawdaż?

    NetSprint został także jakiś czas temu członkiem wspierającym Wikimedia Polska. A tu już kolejny na horyzoncie… Grono nam się stopniowo powiększa.

    A skoro już piszę o tematach okołowikipediowych, to napomknę jeszcze, że polska Wikipedia osiągnęła zawrotną liczbę ćwierć miliona artykułów. Ćwierć miliona to tak jak… hm… No, w każdym razie to jest dużo. Co ciekawe, hasłem numer 250.000 jest Kropla. Bo to dopiero kropla w morzu jest… No, może trochę więcej. Szklanka, powiedzmy. Albo mały basen.

    No to zmieniają premiera. Nie wiadomo dlaczego do końca, ale czy to ważne? Wszyscy i tak wiedzą o co chodzi. Natomiast w obliczu tej wiadomości odbyła się w mojej głowie wielce skomplikowana reakcja elektrochemiczna, która po przelaniu na papier prezentuje się następująco:

    Kurczę. Jak go desygnowano na premiera, to byłem zły, że Jarosław Kaczyński nie został premierem. Bo to tak wypada! Bo w każdej dojrzałej demokracji lider zwycięskiej partii zostaje premierem. I tak dalej. A teraz? Teraz jestem zły, bo się Marcinkiewicz podaje do dymisji. Paranoja, nie?

    Nigdy w czasie mojego krótkiego życia nie było w tym kraju rządu, z którym mógłbym się identyfikować. Takiego, który mógłbym nazwać moim rządem. W pierwszych latach III RP byłem za mały, żeby rozumieć, co się do mnie mówi. Potem niespecjalnie interesowałem się polityką. Tak więc, pierwszym rządem, który w ogóle pamiętam był gabinet Buzka. Kierowany z tylnego siedzenia. Potem był Miller. Afera za aferą, arogancja i buta (kto nie oglądał debaty sejmowej po expose Millera ten nie ma pojęcia co znaczy słowo „bezczelność”). Potem Belka. Krótko i od początku niepewnie. Wszyscy jacyś tacy nijacy.

    No i nagle zjawił się Marcinkiewicz. Nie moja opcja, nie mój program, w ogóle wszystko nie tak. A jednak… Ośmielę się powiedzieć, że ten człowiek był najlepszym pod względem PR premierem III RP. Ja wiem, że może prezencja premiera nie jest jego najważniejszą cechą, bo on ma rządzić, a nie wyglądać, ale… Przynajmniej nie wstydziłem się na zapas, kiedy jechał gdzieś za granicę albo miał się z kimś spotkać (tak jak pewnie musi się wstydzić część Amerykanów przed każdym wystąpieniem Busha). Czy teraz to się zmieni? Oby nie.

    A na koniec jeszcze malutka uwaga pod adresem dziennikarzy: Idioci! Debile! Kretyni! Analfabeci… O, przepraszam. Wymknęło mi się. Jeszcze raz. Szanowni państwo czwarta władza, czy zechcielibyście mi wytłumaczyć w jaki sposób człowiek, który ogłosił, że zamierza (czas przyszły, cholera jasna) podać się do dymisji, staje się automatycznie byłym premierem? Ech, telewizja…


    • RSS