Discovery wylądował. Nic nie wybuchło, nic nie odpadło, nikt nie zginął. Moim zdaniem należy się cieszyć wyłącznie z tego ostatniego faktu.

Amerykańskie wahadłowce powstały w latach 70. poprzedniego stulecia. Są przestarzałe, nieekonomiczne i przestarzałe. Nie da się podbić kosmosu latając w czymś, co się rozpada, jeśli jeden kafelek poszycia się obluzuje. A kafelków jest około 31.000.

ESA już dwa razy planowała budowę własnych wahadłowców.

Pierwszy z nich, Hermes, był wzorowany amerykańskim projekcie X-20. Miał wejść do użytku w 1995 roku. Program został jednak zamknięty na dwa lata przed tą datą. Dlaczego? Wikipedia podaje, że powodem była „zmiana klimatu politycznego i finansowego” (cokolwiek miałoby to znaczyć…). Budowy Hermesa nigdy nie ukończono.

EADS Phoenix
EADS Phoenix, fot. © SSC

Drugą próbę podjęto całkiem niedawno. Skonstruowano prototyp, Phoenix (na zdjęciu), na bazie którego miał następnie powstać (między 2015 a 2020) właściwy wahadłowiec, Hopper (strasznie durna nazwa, swoją drogą). Tutaj pomysł był dużo śmielszy. Pojazd miał być rozpędzany do prędkości kosmicznej na długiej magnetycznej rampie, co miało być dużo tańsze niż używane przez NASA rakiety. I co się stało? Projekt zamknięto. Nie udało mi się dokopać do informacji na temat powodów tej decyzji.

Po co piszę to wszystko? Żeby pokazać, że pomysły są. Ale najwyraźniej wszyscy, z Amerykanami na czele, wyznają zasadę „don’t knock it if it works” – skoro działa, to nie należy nic zmieniać.

Gdyby Discovery uległ awarii, program lotów kosmicznych NASA zostałby najprawdopodobniej wstrzymany. Ale po kilkunastu latach mielibyśmy nowszy, lepszy i zapewne tańszy w eksploatacji sprzęt. A tak… Cóż, pozostaje telewizja i kolejne powtórki Star Trek: Enterprise i Andromedy