Hura! Odtajniają nam tajne służby! Nawet nie wiecie, jak mnie ucieszyła ta informacja. Pan prezydent swoim projektem ustawy udowodnił mi raz na zawsze, że polski wywiad wojskowy jest najlepszy na świecie. MI6 to filia CIA. CIA to leszcze (nawet nie potrafią poległych agentów podpisać na tej swojej ścianie, stawiają tylko gwiazdki). A Mosad? Mosad to przecież Żydzi. I wszysko jasne.

Natomiast wywiad polski to klasa sama w sobie. Okazuje się bowiem, że polscy tajni agenci są tak dobrzy, że wcale nie muszą być tajni. Mogą ze wszystkimi grać w otwarte karty, wytatuować sobie orła w koronie na czole i dalej będą diablo skuteczni.

2000 ZULU, 24 stycznia 2010
Mehrabad International Airport, Teheran
Odprawa pasażerów
Welcome to Iran, Mr…? – mówi panienka ze służb granicznych łamaną angielszczyzną.
– Kowalski, Jan Kowalski.
– Ach… No tak, naturalnie. – nienaganna polszczyzna, szeroki uśmiech, uwielbienie z nutką strachu w oczach. – Chwileczkę, koleżanka zaraz przyniesie tajne dokumenty dla pana.

Wszyscy zginiemy.

A jeśli nie wszyscy, to z pewnością zginie cała masa agentów i kontaktów operacyjnych. Ale kogo to obchodzi? W końcu ci ludzie, zwani eufemistycznie przez łże-służby „kontaktami”, to zwykli „kapusie” (cytat z pana ministra Przemysława Gosiewskiego). Jeszcze raz, powoli. Ludzie współpracujący z wywiadem wojskowym niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej to dla przedstawiciela polskiego rządu kapusie. Mógłbym się tutaj rozwodzić nad pejoratywnym nacechowaniem tego słowa, nad tym, że używają go zwykle ludzie stojący po tej niewłaściwej stronie barykady, ale… Kogo to obchodzi?