Zmarł Ryszard Kapuściński. Zmarł, a ja nie zdołałem przeczytać jeszcze ani jednej jego książki. Nie znam go więc wcale.

A jednak… smutno mi, Boże. Smutno, bo w takich chwilach bardzo boleśnie widzę, jak świat przecieka mi przez palce, kropla po kropli.

Jest 23 stycznia. Początek roku. A odeszło już tylu ludzi. Kiedy dziś zaglądałem do kategorii zmarli w 2007, były tam 52 osoby. W 23 dni. Za szybko.

W pokoju obok telewizja emituje wywiad z Kapuścińskim. Mówi o nierównościach na świecie. O podziale na biednych i bogatych. O terroryzmie, mediach, o współczesnym świecie. Inteligentnie, z namysłem, a jednocześnie z przekonaniem i pewnością co do własnych, pracowicie ukształtowanych poglądów i zdobytej wiedzy. Szkoda.

A jednocześnie… Gdzież on był przez te ostatnie lata? Ile razy słyszałem o nim w mediach? Nie pamiętam. Cóż za dziwny świat, w którym trzeba umrzeć, żeby świat sobie o tobie przypomniał. A potem zapomni znowu.

Moje noworoczne postanowienie: nie zapominać.

Dziwne… Chyba przeżyłem to bardziej niż śmierć Jana Pawła II. Może dlatego, że to tak nagle?