Jego Królewska Wysokość Książę Henry z Walii jedzie do Iraku, walczyć wraz z dzielnymi żołnierzami Jej Królewskiej Mości o przywrócenie pokoju w tym targanym konfliktami kraju.

Różni analitycy wypowiadali się krytycznie na temat tej książęcej wyprawy, mówiąc że na oddział księcia rzucą się terroryści, powstańcy i szumowiny wszelkiej maści, łaknąc błękitnej krwi.

A ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszyscy wichrzyciele w Iraku powinni się teraz modlić do Allaha, żeby się księciu przypadkiem krzywda nie stała. Własną piersią przed kulami powinni go bronić!

Bo co się stanie, jeśli syn następcy tronu, nie daj Boże, polegnie w Iraku? Otóż jestem przekonany, że Amerykanie, Polacy i cała reszta sił stabilizacyjnych w te pędy zbiorą manatki i wyjadą jak najdalej… Żeby przypadkiem nie dostać odłamkiem brytyjskiego granatu, serią z karabinu czy pociskiem balistycznym. RAF zrobiłby z tego kraiku obszar nie bardziej zaludniony od Sahary w środku lata.

Dla dobra tych wszystkich biednych ludzi z dawnego reżimu Saddama mam nadzieję, że książę wróci bezpiecznie do domu.