tor blog

    Twój nowy blog

    Tomek mi dzisiaj podrzucił linka do wyników wyszukiwarki NetSprint dla zapytania „Adam Małysz”.

    Firma NetSprint, po krótkich konsultacjach z Wikimedia Polska w sprawach związanych z licencją, zaczęła prezentować informacje z Wikipedii w swojej wyszukiwarce. Wygląda dobrze, nieprawdaż?

    NetSprint został także jakiś czas temu członkiem wspierającym Wikimedia Polska. A tu już kolejny na horyzoncie… Grono nam się stopniowo powiększa.

    A skoro już piszę o tematach okołowikipediowych, to napomknę jeszcze, że polska Wikipedia osiągnęła zawrotną liczbę ćwierć miliona artykułów. Ćwierć miliona to tak jak… hm… No, w każdym razie to jest dużo. Co ciekawe, hasłem numer 250.000 jest Kropla. Bo to dopiero kropla w morzu jest… No, może trochę więcej. Szklanka, powiedzmy. Albo mały basen.

    No to zmieniają premiera. Nie wiadomo dlaczego do końca, ale czy to ważne? Wszyscy i tak wiedzą o co chodzi. Natomiast w obliczu tej wiadomości odbyła się w mojej głowie wielce skomplikowana reakcja elektrochemiczna, która po przelaniu na papier prezentuje się następująco:

    Kurczę. Jak go desygnowano na premiera, to byłem zły, że Jarosław Kaczyński nie został premierem. Bo to tak wypada! Bo w każdej dojrzałej demokracji lider zwycięskiej partii zostaje premierem. I tak dalej. A teraz? Teraz jestem zły, bo się Marcinkiewicz podaje do dymisji. Paranoja, nie?

    Nigdy w czasie mojego krótkiego życia nie było w tym kraju rządu, z którym mógłbym się identyfikować. Takiego, który mógłbym nazwać moim rządem. W pierwszych latach III RP byłem za mały, żeby rozumieć, co się do mnie mówi. Potem niespecjalnie interesowałem się polityką. Tak więc, pierwszym rządem, który w ogóle pamiętam był gabinet Buzka. Kierowany z tylnego siedzenia. Potem był Miller. Afera za aferą, arogancja i buta (kto nie oglądał debaty sejmowej po expose Millera ten nie ma pojęcia co znaczy słowo „bezczelność”). Potem Belka. Krótko i od początku niepewnie. Wszyscy jacyś tacy nijacy.

    No i nagle zjawił się Marcinkiewicz. Nie moja opcja, nie mój program, w ogóle wszystko nie tak. A jednak… Ośmielę się powiedzieć, że ten człowiek był najlepszym pod względem PR premierem III RP. Ja wiem, że może prezencja premiera nie jest jego najważniejszą cechą, bo on ma rządzić, a nie wyglądać, ale… Przynajmniej nie wstydziłem się na zapas, kiedy jechał gdzieś za granicę albo miał się z kimś spotkać (tak jak pewnie musi się wstydzić część Amerykanów przed każdym wystąpieniem Busha). Czy teraz to się zmieni? Oby nie.

    A na koniec jeszcze malutka uwaga pod adresem dziennikarzy: Idioci! Debile! Kretyni! Analfabeci… O, przepraszam. Wymknęło mi się. Jeszcze raz. Szanowni państwo czwarta władza, czy zechcielibyście mi wytłumaczyć w jaki sposób człowiek, który ogłosił, że zamierza (czas przyszły, cholera jasna) podać się do dymisji, staje się automatycznie byłym premierem? Ech, telewizja…

    Zobaczyłem przed momentem prezentację nowej platfomy Grupy ITI – Telewizji Nowej Generacji. Właśnie wstałem sprzed telewizora i próbuję jakoś zebrać myśli. Do dzieła…

    Nowa platforma to PVR plus VOD plus obraz HD plus dźwięk Dolby Digital plus Internet plus złącze USB 2.0. Dużo tych plusów, nieprawdaż? A możliwe, że o czymś jeszcze zapomniałem…

    Całość startuje na jesieni. Zapowiada się niezła jazda bez trzymanki. I zwiększony popyt na telewizory.

    I jeszcze dwie rzeczy, które mi się w tej chwili kołaczą po głowie.

    Po pierwsze, Solorz pewnie dostanie zawału. Polsat? A co to?

    Po drugie… 8 lat temu Nina Lietdke pisała w CyberJoly Drim o holowizji. I o tym, że Internet w przyszłości będzie podzielony między zdolnych tradycjonalistów korzystających z klawiatur i trybu tekstowego a małoletnich lamerów hasających po sieci w High-VR. Oferowany przez ITI dostęp do Sieci za pośrednictwem telewizora to pierwszy krok w tym kierunku…

    Wszyscy zginiemy.

    Chciałem o tym napisać wczoraj, tuż po meczu Anglii ze Szwecją, ale byłem tak rozbity tym remisem, że spasowałem. No właśnie… Bo ja to zacząłem, moi drodzy, oglądać mecze piłki nożnej (sic!). A stało się to dzięki bet-at-home.com. Ale to już zupełnie inna historia…

    Do rzeczy. Chciałem się podzielić refleksją, która naszła mnie po obejrzeniu występu drużyny Anglii i porównaniu go z grą reprezentacji Polski. Refleksję tą można streścić w czterech słowach: Z czym do ludzi? Kto przy zdrowych zmysłach mógł choćby przypuszczać, że Polska mogłaby mieć cień szansy na wyjście z grupy? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że oni grają po prostu średnio tudzież miernie.

    Podania piętą, wyrafinowane zwody, trzy podania w ciągu niecałych dwóch sekund. Konia z rzędem temu, kto zauważy te i inne podobne elementy w grze Polaków.

    Skąd się zatem bierze mit polskiej piłki? Mit, który każe ogromnym rzeszom Polaków wierzyć, że ich drużyna może na imprezie tej rangi wygrywać? Zgoda, zajęliśmy trzecie miejsce na MŚ w ’74. Zdobyliśmy medal olimpijski. I co z tego? Gdyby jeden człowiek na podstawie zdarzenia sprzed ponad 20 lat oczekiwał jakichś konkretnych rezultatów dziś, wysłano by go do psychiatry. Co zrobić, kiedy robi to cały kraj…?

    Gdy wczoraj rozmawiałem o tym z Piotrem Cywińskim, powiedział on, że jest różnica między piłką nożną a footballem. Amen.

    Hymn

    3 komentarzy

    Dzisiaj będzie krótko, acz treściwie. W nawiązaniu, rzecz jasna, do Mazurka… w wykonaniu prezesa Kaczyńskiego. Uwaga…

    A myśleliście, że Górniak to był szczyt, nie?

    Addendum: Ha, okazuje się, że Artur Kurasiński ma dokładnie te same skojarzenia co ja. Też sobie na Tor Bloga wstawię jakiegoś gryzonia, o! Hm… Może myszoskoczka?

    Zadziwiające rzeczy można znaleźć szperając w Technorati. Na przykład informację o tym, że nowa batwoman będzie lesbijką. Kurcze, no. Żeby chociaż bi ją zrobili…

    Żarty na bok. Sam pomysł jest… no, po prostu pomysłem. Czy dobrym – czas pokaże. Ale uzasadnienie redaktora naczelnego DC, Dana DiDio, jest po prostu bez sensu.

    Tu nie chodzi tylko o wprowadzenie postaci homoseksualnej. Dążymy do ogólej dywersyfikacji uniwersum DC. Mamy silne postaci Afroamerykańskie, latynoskie i azjatyckie. Staramy się przedstawić lepszy przekrój przez naszych czytelników i przez świat w ogóle. (tłumaczenie: TOR, źródło: CNN)

    Czyli co, realizm? A od kiedy to komiksy o superbohaterach mają być realistyczne? Całkiem słusznie jeden z fanów, cytowany przez CNN, proponuje w takim razie wprowadzenie brzydkich herosów z nadwagą – to z pewnością dałoby lepszy przekrój przez społeczeństwo amerykańskie.

    Poprawność polityczna w niektórych miejscach nie jest wskazana. A uzasadnianie za jej pomocą pomysłu na bohatera jest jakąś gigantyczną pomyłką. No bo dajcie spokój. Cały ten korporacyjny bełkot marketingowy: różnorodność, jedność, amerykańskość. To może niech ci ich bohaterowie jeszcze walczą o pokój na świecie…! A nie, zaraz, już to robią…

    No to wpadłem. Oficjalnie jestem multibloggerem. Oprócz Tor Bloga prowadzę już od jakiegoś czasu innego, tajnego bloga. I nie jest on bynajmniej tajny dlatego, że się na nim wypłakuję i wyżalam. Przewidywana data odtajnienia to połowa czerwca. Ale o tym wspomniałem jedynie przy okazji. Głównym bodźcem do powyższego oświadczenia jest bowiem fakt, iż od soboty bloguję także na iThink.pl.

    iThink - wyraź się

    Może jest to stwierdzenie trochę na wyrost, ponieważ iThink od tradycyjnego bloga nieco się różni.

    Po pierwsze tym, że nie prowadzi go jedna osoba. Podział artykułów ze względu na autorów co prawda jest, ale zepchnięty na drugi plan przez podział ze względu na kategorie tematyczne.

    Ale to jeszcze nic. Każdy artykuł dodany do bazy serwisu zostaje wysłany do 10 losowo wybranych użytkowników. Następnie użytkownicy ci głosują za zamieszczeniem go w serwisie lub odrzuceniem. Na dzień dzisiejszy artykuł musi uzyskać 3 głosy poparcia, żeby znaleźć się w odpowiedniej kategorii i na stronie głównej (sądząc po jakości niektórych zaakceptowanych artykułów to troszkę za mało, może w przyszłości wymagania będą wyższe). Jeśli odpadnie, jest dalej widoczny jedynie w dorobku autora. Ten system ochrzczono mianem randomkracji. Mam już za sobą publikację pierwszego arta pt. Nastolatki, iThink i zbawienna autocenzura. I muszę przyznać, że oczekiwanie na akceptację było dość emocjonujące…

    Koncepcja jest dość oryginalna i przypadła mi do gustu. Ale czy da się ją wrzucić do blogowego worka? Przy okazji w/w artykułu wymieniłem na ten temat kilka postów z Rafałem Janikiem, twórcą serwisu. Rafał twierdzi, że iThink to serwis dziennikarski i od etykietki bloga raczej ucieka. Zważywszy na nieco negatywne skojarzenia jakie wzbudza w szarym polskim internaucie ten termin jest to, poza wszystkim innym, niewątpliwie dobre posunięcie marketingowe. Ale czy faktycznie iThink tak daleko ma do blogów? Nie wydaje mi się. Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja do pociągnięcia tej dyskusji dalej…

    A tymczasem – zapraszam do iThink. Wyraźcie się!

    Kilkanaście dni temu minął rok od założenia tego bloga. Szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłem, kiedy to się stało. Ależ ten czas ostatnio przecieka przez palce…

    No, ale wracając do tematu… Mimo, iż od pewnego czasu nie mam zbyt wiele czasu na pisanie kolejnych artykułów, a polityka, która od początku była jednym z głównych tematów tutaj poruszanych, strasznie mnie mierzi, Tor Blog z pewnością będzie trwał i się rozwijał.

    Dziękuję wszystkim, którzy przez ten rok (lub jego część) czytali moje zamieszczane tutaj pisanie. Mam nadzieję, że kolejne publikacje również przypadną Wam do gustu.

    Teraz trochę o zmianach. Po pierwsze i najważniejsze, zmieniła się licencja, z CC-by-nc przeszedłem na bardziej liberalną CC-by. Dodałem też informacje prawne. Z rzeczy mniej technicznych: założyłem konto na Technorati i dodałem link dodający bloga do ulubionych (niniejszym zachęcam do skorzystania).

    Na koniec czerwca lub początek lipca planuję rozpoczęcie prac nad logowaniem i nowym formularzem do dodawania komentarzy.

    Nie jestem osobą, która łatwo trzyma język za zębami. Owszem, prywatnych sekretów mi powierzonych staram się nie zdradzać, ale już z tymi dotyczącymi jakichś większych projektów mam problemy. Bo czemu niby nie wolno mi pochwalić się tym, że… No właśnie. Ech…

    Ale to jest jeszcze nic. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że na forach serwisu Candlekeep można zadawać pytania Edowi Greenwoodowi (twórcy świata Zapomnianych Krain). I faktycznie, ludzie pytają o najróżniejsze szczegóły, od bardzo szczegółowych pytań o konkretnych bohaterów po takie tematy rzeki jak obecność kawy czy herbaty w Krainach. I Ed zwykle odpowiada, pisząc istne elaboraty, rzucając tonami informacji, których nikt się nie spodziewał.

    Zwykle, ponieważ o niektórych aspektach tego, bądź co bądź stworzonego przez niego od podstaw, świata mówić nie może. Dlaczego? A bo na przykład licencję na opisywanie Wrót Baldura ma firma Interplay (wydawca serii gier komputerowych spod znaku Baldur’s Gate). Bo na temat tego czy tamtego bohatera R.A. Salvatore pisze akurat powieść. Bo świat musi być spójny. Bo się podpisało cyrograf… tfu… NDA.

    Na poziomie makro to się niby wszystko zgadza. Czytelnicy i gracze oczekują, że ich ulubiony setting będzie się „trzymał kupy” i że różni tworzący go autorzy nie będą sobie nawzajem przeczyć. Ale jak tylko zejdziemy o poziom niżej, poziom na ktory Ed siedzi sobie w swoim domku w Ontario, nie jest już tak różowo.

    Facet spędził lata swojego życia dopieszczając niezwykle rozbudowany zbiór pomysłów i idei jakim są Zapomniane Krainy. Po czym ten zbiór sprzedał, żeby mieć co jeść. I co? Teraz nie ma nad nim praktycznie żadnej kontroli. Nie może o nim nawet bez przeszkód mówić. Musi za to ostrożnie poruszać się w labiryncie przeróżnych kontraktów i umów, a nie jest przecież prawnikiem, tylko bibliotekarzem.

    Czasem mam wrażenie, że kapitalizm to wytwór Szatana.

    Odpocząłem. Wyspałem się. Trochę ochłonąłem (aczkolwiek niebardzo). Mogę więc nakreślić szybki raport ze Zlotu Wikimedia Polska 2006, który odbył się we Wrocławiu w miniony weekend, tj. w dniach od 29 kwietnia do 1 maja.

    Do Wrocławia wybierałem się trochę jak sójka za morze. Jeden pociąg przespałem, następny odjechał jak się pakowałem, a kolejny uciekł mi praktycznie sprzed nosa. Ale dojechałem…

    Tegoroczny, trzeci już Zlot miał nieco inną formułę niż dwa poprzednie. Pierwszy (Kraków 2005) był zapoznawczy. Wspominaliśmy, bawiliśmy się i miło spędzaliśmy czas. Drugi (Chorzów 2005) był kameralny. Miły lokal, ci sami ludzie, grzane wino…

    Tegoroczny był bardziej formalny. Do znanych mi z poprzednich spotkań koleżanek i kolegów dołączyło nagle kilkanaście nowych osób, z których części zupełnie nie kojarzyłem (nawet z Wikipedii) lub kojarzyłem bardzo słabo. Sala konferencyjna nie sprzyjająca zbytnio rozmowom kuluarowym i ilość prelekcji niewspółmierna do ilości czasu… Przez to wszystko musiałem ludzi popędzać i uciszać (czego nie lubię), a nawet sam byłem popędzany (czego wręcz nie znoszę).

    Mimo to, był to zdecydowanie najlepszy Zlot z dotychczasowych. Miejsce na prywatne rozmowy w mniejszym gronie, choć ciasne i na stojaka, się znalazło. Przyjechali wikimedianie z Francji i Niemiec, z którymi świetnie się rozmawiało i wymieniało pomysły. Miałem też dzięki nim okazję poćwiczyć tłumaczenie symultaniczne w obie strony (kto nigdy nie próbował nie ma pojęcia jak to jest męczące). Goście spoza społeczności projektów Wikimedia także okazali się strzałem w dziesiątkę. Jarek Lipszyc roztoczył przed nami wspaniałą wizję wolnych podręczników (za którą trzymam kciuki), a Gandalf dość dobitnie wykazał, że Wikipedia nie jest wcale taka wspaniała jak mogłaby być (choć to, zdaje się, nie było pierwszorzędnym celem jego wykładu…).

    Najbardziej jednak cenię sobie nie do końca wytłumaczalny ładunek pozytywnej energii, z jakim opuściłem Wrocław. Energii, którą wciąż jeszcze czuję i która powinna mnie popychać do przodu aż do następnego Zlotu. A tymczasem… 20 maja spotkanie w Poznaniu

    Wzrokowcom polecam rzucić okiem na zdjęcia ze Zlotu.

    Aha, jeszcze jedno na koniec… Na zlocie obecny był także Arnold Buzdygan. Jedno co mogę powiedzieć to: nie taki Arnold straszny, jak go malują. Kolejny dowód na to, że prawda zawsze leży pośrodku.


    • RSS