tor blog

    Twój nowy blog

    Właśnie podpisaliśmy umowę z firmą NetSprint, na podstawie której staje się ona członkiem wspierającym Stowarzyszenia Wikimedia Polska i będzie nam wpłacać pieniążki w zamian za możliwość reklamowania się na naszych zlotach. Fajnie, nie?

    A to jeszcze nie koniec. Na dniach (no dobra, tygodniach) sfinalizowana zostanie współpraca z BIELUGA Expedition. Tutaj trochę inaczej: oni dają nam dużo materiałów (zdjęcia, opisy, dane… wspominałem już o zdjęciach?) i wrzucają linki do Wikipedii do swojej „wirtualnej wyprawy”, a my mówimy, że są fajni (bo są).

    A co w planach? Wydanie DVD. Granty z Ministerstwa Nauki. Granty z UE. Kupno mayba… er… zagalopowałem się.

    W skrócie: Mwahaha. Jest dobrze.

    Dzisiejszy odcinek Tor Bloga dedykuję wszystkim polskim stacjom telewizyjnym, wydawcom kolorowych pism dla pań, przemysłowi filmowemu oraz Jego Świątobliwości Benedyktowi XVI, który co środę dziękuje Polakom za swego poprzednika. Aha… I całym rzeszom moich kochanych rodaków.

    Może byście tak wreszcie łaskawie przestali się oglądać za siebie i zaczęli iść naprzód, co? Jeśli ten człowiek był dla całego świata takim wzorem, to czemu u licha wszyscy poprzestają na wspominaniu, zamiast po prostu żyć według jego nauk? Za trudne czy jak?

    Cała sytuacja przypomina trochę scenę z filmu Fight Club (Podziemny Krąg), kiedy to grupa uczestników projektu Mayhem stoi nad zmarłym kolegą i powtarza bezmyślnie „His name is Robert Paulson. His name is Robert Paulson.”

    Sponsorem dzisiejszego odcinka jest wydawca komiksu The Incredible Popeman (kimkolwiek by nie był).

    No i po tegorocznym Pyrkonie. Nie była to co prawda wędrówka zbyt daleka, bo sprowadzała się w moim wypadku do doczłapania się na przystanek autobusowy. Ale i tak warto ją opisać.

    Zaczęło się leniwie. Powitania, złożenie bagaży w sypialni i przygotowania do pierwszych punktów programu. Humor mi się co prawda trochę popsuł, kiedy starałem się dopchać po identyfikator, a PiBis w przypływie nadgorliwości chciał mnie wygonić za drzwi. Nie udało mu się, rzecz jasna.

    Teraz może trochę o tym, za co sam odpowiadałem.

    Po pierwsze i najważniejsze, Kalambury Nieustające. Pomysł, który wykluł się w drodze powrotnej z CoolKonu. Nasza ekipa bawiła się przednio. A nawet kabaczkowato. Nie wiem jak reszta, ale z tego co udało mi się zaobserwować, to ludzie grali i chyba im też się podobało. Na następnym Pyrkonie też pewnie będą.

    Dalej… Konkurs magiczny wyszedł dość ciekawie. Gracze dosłownie stawali na głowie, aby wygrać. Jeśli nigdy nie rysowałeś/aś pentagramu stojąc na głowie i trzymając kolegę za lewą łydkę to nie jesteś prawdziwym czarodziejem/ką. Serio.

    Przewodnik po wszystkim co krasnoludzkie okazał się być streszczeniem historii krasnoludów w Faerunie. Mea culpa, nie dopracowałem rozłożenia prelekcji w czasie. Następna będzie lepsza.

    Na koniec konwentu został mi do poprowadzenia (wraz z Lordem Winterem) trening etatowych graczy. Jak na punkt programu, którego przebieg wymyślany był na bieżąco wyszło chyba całkiem nieźle. Za rok trening etatowych Mistrzów Gry.

    Jeśli chodzi o inne punkty programu, to na długo zostanie mi w pamięci konkurs histeryczny Azi i Pio (chyba zostanę inkwizyTORem…) oraz Wieczór Pirackich Opowieści 2 (mimo pewnej izolacji głównego wątku pod sam koniec; szczegóły niebawem na Poltergeiscie). Nienajgorzej (mimo obaw moich i kilku innych osób) wyszła też niedzielna prelekcja o Netherilu.

    Nie obyło się, rzecz jasna, bez drobnych problemów, jak komputer nie obsługujący formatu PDF (przez co rozleciała się prelekcja Darklorda o Sigil) czy też kilka punktów programu, które się nie odbyły. Większość z nich była zaplanowana na niedzielny poranek (Jaki kretyn wpadł na pomysł, żeby robić zmianę czasu w tym samym terminie co Pyrkon?!).

    Krótko mówiąc, było fajnie. I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem, a com widział i słyszał na blogu umieściłem.

    Jakiś czas temu w podręczniku do gry Dungeons & Dragons, którego nazwy w tej chwili nie pomnę, zobaczyłem tabelkę przedstawiającą, w jaki sposób postać zwraca się do wysoko urodzonych (w tym przypadku: do króla) w zależności od swojej inteligencji, ogłady, czy jakkolwiek to nazwać. W wolnym tłumaczeniu i dużym przybliżeniu (bo z pamięci) wygladało to jakoś tak:

    ilość punktów
    w cesze
    przykładowy zwrot do króla
    0-4 Joł, Królik, ziom!
    5-9 Witaj, Wasza Najjaśniejsza Królewskość.
    10-19 Wasza Królewska Mość…
    20+ Joł, Królik, ziom!

    W dzisiejszym Dzień Dobry wyczytałem, że Wydawnictwo „Więź” wydało modlitewnik dla młodzieży o wiele mówiącym tytule „Z Bogiem na czacie” (jedyne 9,00 PLN plus przesyłka). Gazeta pisze, że znajdują się w nim (poza tym co zwykle można znaleźć w modlitewniku) także modlitwy napisane slangiem młodzieżowym.

    Pomijam fakt, że Bóg nie jest tak lamerski żeby siedzieć na czacie (wszyscy wiedzą, że Bóg siedzi na IRCu, na kanale #niebo z ustawionymi flagami +imnpst).

    Nie chcę też dociekać na jakim poziomie stoi zdolność posługiwania się „językiem młodych” autora, o której pisze wydawnictwo (może ma jakiś certyfikat?).

    Zacząłem się po prostu zastanawiać, czy target tego modlitewnika jest na najniższym czy na najwyższym poziomie powyższej tabelki…

    No i mam za sobą pierwszy w tym roku konwent – CoolKon, który odbył się w miniony weekend we Wrocławiu. Odespałem, wypocząłem i przemyślałem wszystko co się tam działo. Teraz czas na recenzję.

    Pierwszy problem pojawił się tuż po wejściu. Gołym okiem było widać, że panowie z obsługi nie mają doświadczenia w kierowaniu tłumem i sprawnym załatwianiu formalności. Wydawanie akredytacji szło więc dość wolno. W końcu jednak dostałem identyfikator, program i szklaną kulkę (w końcu CoolKon…) i mogłem udać się do sali sypialnej, aby tam w spokoju przestudiować program.

    I tu drugi problem… Konwent miał, niestety, program dość ubogi. Czy też może inaczej – znaczna część programu nie trafiła w moje gusta. Zdecydowanie za dużo Star Wars i zbyt mały wybór prelekcji w ogólności. Na konwencie funkcjonowały trzy sale prelekcyjne. Dla niektórych to może być „aż” lub „w sam raz”, dla mnie to niestety jest „tylko”. Na Pyrkonach przyzwyczaiłem się do 4 sal prelekcyjnych + sali SW + sali mangi i anime + … No ale tutaj nie bez znaczenia był zapewne rozmiar szkoły (średniej wielkości parterowe gimnazjum), dlatego zbytnich pretensji do organizatorów nie mam.

    Na dobrą sprawę konwent zaczął się dla mnie w sobotę o 16 od świetnego LARPa w 7th Sea. Potem było już tylko lepiej. Prawie trzygodzinna dyskusja o piekarzach (sic!), szybki kurs wojskowości Eisen, wymiana pomysłów na temat ekspresowego tworzenia BNów i… Kalambury.

    Gdybym miał określić ten konwent jednym słowem, byłoby to właśnie słowo „kalambury”. Graliśmy do późnych godzin wieczornych w piątek, do wczesnych godzin porannych z soboty na niedzielę i niemal do samego wyjazdu pod koniec konwentu.

    Podsumowując: Mamo, mamo, ja chcę jeszcze raz!

    Serdeczne podziękowania dla całej ekipy kalamburowej.

    Pierwszy wyraz w trzeciej osobie liczby mnogiej, czas przyszły, strona bierna, naleciałość z francuskiego z XVII wieku… –Szczur

    Jezusmaria. Ludzie! „Kod Leonarda da Vinci” to plagiat!

    Kiedy wczoraj usłyszałem to w wiadomościach, mało nie spadłem z fotela ze śmiechu. Sensację sobie znaleźli. Setki ludzi wspominały o tym od momentu wyjścia na rynek książki Browna, uśmiechając się przy tym pobłażliwie i z rezygnacją kiwając głowami. Bo przecież nikt nie słuchał.

    Ale teraz sprawa jest w sądzie i jest o czym robić reportaże. Źli, zgorzkniali, rządni pieniędzy i sławy pisarze pozywają biednego Dana Browna. Mniej więcej w tym tonie całą sprawę opisano na blogu kontrrewolucja.pl (krótkie, przeczytać, będą nawiązania). I o ile samo szersze zainteresowanie mediów sprawą rzekomego plagiatu (domniemanie niewinności) dopiero w 3 lata po publikacji książki polepszyło mi humor, o tyle komentarz do całej sprawy, jaki znalazłem w przytoczonym wyżej artykule humor mi bardzo skutecznie popsuł.

    Od kilku lat wzdycham i jęczę, że znakomita (w sensie ilościowym wyłącznie) część społeczeństwa polskiego nie ma zielonego pojęcia czym są i jak działają prawa autorskie. Odnoszę wrażenie, iż autor artykułu jest, niestety, członkiem tej znakomitej części.

    To teraz będzie krótki wykład. Na początek proste pytanie: Co jest objęte ochroną prawa autorskiego? Wszystko? Nie.

    Czy jeśli napiszę na murze HWDP to będzie to dzieło chronione prawem autorskim (kwestie własności muru oraz problemy natury ortograficznej dla uproszczenia pomijamy)? Nie będzie. Aby dany wytwór ludzki mógł podlegać ochronie na zasadach prawa własności intelektualnej musi być oryginalny. Napisów HWDP są w tym kraju miliony. Oryginalności zero. Gdybym ten sam napis na tej samej ścianie wykonał za pomocą 14 różnych kolorów, używając przy tym nigdzie wcześniej nie spotkanych kształtów liter i dorysowując ptaszka w lewym górnym rogu, wtedy moje dzieło byłoby chronione.

    I jeszcze dwie ważne uwagi. Po pierwsze, prawa autorskie wygasają po 70 latach od śmierci autora. Po drugie, fakty nie podlegają ochronie praw autorskich.

    Na bazie tych trzech zastrzeżeń da się z łatwością rozbić twierdzenia przedstawione w kontrrewolocuja.pl. Książka o Cesarstwie Rzymskim i spadkobiercy Gibbona? Podpowiedź: prawa autorskie to pomysł młody. Motyw kobiety w opałach i detektywa z kryminałów noir? Autor sam pyta „kto pierwszy to wymyślił?” Było to stosowane tyle razy, że straciło swoją oryginalność. Posłużę się tutaj cytatem z Heinricha Heine‚a: Kto pierwszy nazwał kobietę różą, był poetą. Kto to powtórzył, był tylko komplemenciarzem. Gdyby ten, który pierwszy to wymyślił pozwał tego, który użył tego motywu jako drugi, prawdopodobnie sprawa wyglądałaby dzisiaj inaczej. Ale nie pozwał i dlatego teraz pomysł ten jest już we wspominanym przez autora worku idei. Informacje o masonerii, Luwrze, religiach… No właśnie – informacje. Fakty. Nie podlegają ochronie.

    Ze „Świętym Graalem…” i „Kodem…” było inaczej. Zawartość tej pierwszej książki to pewna teorią, mniej lub bardziej naukowa, ale z pewnością oryginalna. Nikt nikomu nie broni pisać książek o Graalu, o templariuszach, o Marii Magdalenie, o Merowingach i o Prieuré de Sion. Ale, na wszystkich bogów, jeśli się to wszystko łączy ze sobą w dokładnie taki sam ciąg przyczynowo-skutkowy, to trzeba się liczyć z tym, że autorowi pierwowzoru nie będzie się to podobało. Bo to jest jego praca i jego własny, oryginalny pomysł.

    Jestem gorącym zwolennikiem ruchu otwartej treści i wolnego oprogramowania. Ale całe piękno tego zjawiska polega na jego dobrowolności. A tutaj nagle odzywają się głosy, że prawa autorskie to wytwór szatana. Nie! Nic na siłę. I nie, to nie ma nic wspólnego z niedawną sprawą europejskich patentów na oprogramowanie. Serio.

    No i mamy polski odpowiednik Technocratiblogfrog. Z tego co mi wiadomo, jest to pierwszy polski serwis tego typu.

    No to co my tu mamy? Szata graficzna dość ascetyczna (dzieci, powiedzcie „Google”), ale wszystko jest dość intuicyjne. Można blogi wyszukiwać (wyszukiwarka działa w oparciu o znany z Technocrati czy Flickra system tagów), dodawać, uzupełniać ich opisy, oceniać i tworzyć listy ulubionych. Tor Bloga, rzecz jasna, dodałem niezwłocznie.

    Krótko mówiąc: Inicjatywa na szóstkę z plusem. Tylko czy nie zaleje jej z czasem powódź Elizek? Pozostaje trzymać kciuki.

    There is no sin except stupidity.Oscar Wilde

    Było o amerykańskich sądach wojskowych. Dzisiaj znowu o wojsku, tym razem Polskim. Widziałem wczoraj w TVN24 krótki reportaż, w którym to pokazywano żołnierzy z odmrożeniami i częściową martwicą stóp. Żołnierzy było pięciu. Latali po poligonie w parudziesięciostopniowym mrozie w starych butach (ponoć dziurawych) i sobie palce u nóg poodmrażali.

    Szanowna pani redaktor, której imienia na szczęście dla niej nie pamiętam, pozwoliła sobie na jakże oświecony komentarz postaci następującej (cytat z pamięci): „(…) organizowanie ćwiczeń w momencie, gdy lekarze zakazywali wychodzenia z domu to głupota.”

    Jak to dobrze, że nie mamy jeszcze telewizji interaktywnej. Gdyby dane mi było wejść w interakcję z tą panią, to raczej niewiele by z niej zostało (pal licho gentelmeństwo, honor i te inne).

    Bo komu ci lekarze zakazywali wychodzenia? Moherowym beretom byćmoże, ale zielonym, błękitnym czy jakimkolwiek innym? Ech… Wnioskuję z tego, że jeśli ktoś nas kiedyś zaatakuje zimą, to leżymy. Żołnierze będą siedzieć w koszarach, bo im zimno. A wtedy nawet nasze nowe F-16 nie pomogą.

    Wszyscy zginiemy.

    Język jest matką, a nie służebnicą myśli.Karl Kraus

    Czwarta Rzeczpospolita. Kraj piękny i bogaty. Państwo prawa. Ostoja demokracji. Bujda na resorach.

    I nie chodzi mi tu o piękno, bogactwo, prawo i demokrację (choć z tymi, przyznaję, też nie jest zbyt dobrze). Chodzi o samą nazwę, o ten liczebnik. O te siedem liter, które przekreślają dokonania ostatnich 15 lat.

    We Francji przyjęło się, że Republiki liczone są od jednej konstytucji do następnej. My liczymy Rzeczpospolite do utraty niepodległości i od jej odzyskania. Pierwsza była Rzeczpospolita Obojga Narodów. Potem rozbiory. Następnie była międzywojenna Druga Rzeczpospolita. Potem wojna i PRL. Teraz mamy Trzecią Rzeczpospolitą. A po niej co? Od razu Czwarta? Czy też może panowie Bracia planują nas oddać, choćby na chwilkę, w ręce jakiegoś obcego państwa, co by nas potem wyzwolić i triumfalnie ogłosić powstanie swojej upragnionej Czwartej RP? Nie? Hm…

    No dobrze, to może przechodzimy na modłę francuską? To w końcu stara polska tradycja. Ale tutaj też jest bariera nie do przeskoczenia – według tego modelu, żeby sobie zupgrade’ować państwo do następnej wersji (4.0beta) trzeba zmienić konstytucję. A to, stety-niestety, przy obecnym kształcie parlamentu będzie ciężkie.

    Z ostatnich obserwacji życia politycznego w tym kraju jasno wynika, że jak coś jest skrajnie alogiczne i totalnie bezsensu to na pewno musi być w tym jakiś cel. Nie inaczej jest i w tym przypadku.

    Jedną z funkcji języka jest tak zwana funkcja magiczna. Jeśli coś się wypowiada czy określa w odpowiedni sposób, to w naszej ograniczonej ludzkiej świadomości staje się to bliższe rzeczywistości. Wszelkie przekleństwa oparte są na tym toku myślenia. Mówiąc „idź do diabła” mamy nadzieję, że adresat właśnie tam się uda. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Jeśli dostatecznie długo będziemy powtarzać „Czwarta Rzeczpospolita”, to w końcu będziemy ją mieć.

    Ale to nie koniec jeszcze. George Orwell w „Roku 1984″ przedstawił mechanizm kontroli świadomości społeczeństwa poprzez kontrolę języka. „Bezdobrze” zamiast „źle” i tak dalej. Jak to działa w tym przypadku? Podręcznikowo. Termin „Czwarta Rzeczpospolita” nie tylko niesie ze sobą określony ładunek znaczeniowy (przybliżony na początku tego artykułu), ale także samym swoim istnieniem modyfikuje znaczenie terminu „Trzecia Rzeczpospolita”. Tok myślenia jest bardzo prosty: bo skoro mamy Czwartą, a Czwarta jest dobra, to Trzecia musiała być gorsza, bo inaczej nie wprowadzaliby Czwartej.

    Kiedy to pisałem obok stanął mój brat, 14-latek, przeczytał pierwsze kilka zdań i powiedział z przekonaniem: „Przecież już mamy Czwartą. Od wyborów.”

    I tak to działa. Kto chce pigułkę szczęścia?

    The object of war is not to die for your country, but to make the other bastard die for his.George S. Patton (przypisywane)

    Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych są najdroższą armią świata (pochłaniają 370,7 miliarda dolarów rocznie wg danych z 2003 roku). Są 2 w kolejności największą armią świata (blisko 1,5 miliona żołnierzy). Są też prawdopodobnie armią najnowocześniejszą i najpotężniejszą.

    A co łączy przeciętnego żołnierza 3. pułku kawalerii zmechanizowanej z Bondem, Jamesem Bondem? Licencja na zabijanie. Ale uwaga! Licencja ta ma charakter ograniczony i dotyczy wyłącznie wysokich rangą oficerów wrogich wojsk, którzy dobrowolnie oddali się do niewoli. Nie obejmuje zaś torturowania (w szczególności torturowania więźniów w więzieniu Abu Graib).

    Przy całym moi szacunku dla tradycji i osiągnięć armii amerykańskiej oraz sentymentu do serialu „JAG” (no co?), po usłyszeniu wiadomości o werdykcie w sprawie zabójstwa… o, przepraszam, miałem na myśli nieumyślne spowodowanie śmierci przez uduszenie w wyniku zarzucenia ofierze śpiwora na głowę, siadania na jej klatce piersiowej oraz zasłaniania jej ust rękoma, nie mogłem nie westchnąć.

    Dobrze, że biedny generał nie popełnił samobójstwa, strzelając sobie trzy razy w tył głowy.


    • RSS