tor blog

    Twój nowy blog

    Jak niektórzy z was mogli już zauważyć, Tor Blog się ostatnio skomercjalizował. Dodanie reklam Google to z mojej strony swego rodzaju eksperyment przed większym przedsięwzięciem z dziedziny robienia kokosów w Sieci. Może kiedyś stąd znikną, może nie. Zastanowię się.

    Ponadto, dzięki nieocenionej pomocy CorfiXa, dodałem nową funkcjonalność (trudne słowo) w postaci rozwijanego menu. A niebawem zjawi się jeszcze pod notkami magiczny przycisk „więcej”.

    Oczywiście gdyby to wszystko przebiegło bezproblemowo to Murphy by się w grobie przewrócił (a może on jeszcze żyje?). oak.pl padł (pewnie zamarzł) przez co niewiele rzeczy poza rozwijanym menu aktualnie na tym blogu działa… Ale to przejściowe (mam nadzieję).

    Hard work never killed anyone, but why take a chance?Ronald Reagan (przypisywane)

    Nie, wbrew pozorom nie będzie dzisiaj nowych rewelacji w sprawie Lwa Rywina. Dzisiaj będzie o fotelu. A konkretnie o fotelu marszałkowskim.

    Bezpośrednią przyczyną całego tego dwudniowego bajzlu (11-12 stycznia 2006) był właśnie ów fotel. Mnie się osobiście w głowie nie mieści w jaki sposób wicemarszałek może nie oddać prowadzenia obrad marszałkowi na jego wyraźne polecenie. W dowolnym innym kontekście działanie takie (sprzeciw wobec bezpośredniego przełożonego) spotkałoby się z natychmiastowymi konsekwencjami. W zakładzie pracy – zwolnienie dyscyplinarne. W wojsku – sąd wojskowy, degradacja, zwolnienie ze służby… A tu co mamy? Niemal 300 osób staje za wicemarszałkiem murem i jest pat.

    Tak jak ogólnie nie toleruję PiSu, tak w tej konkretnej sytuacji, niezależnie od tego czy była elementem jakiejś szerszej gry politycznej czy tylko wybrykiem Kotlinowskiego, Marek Jurek miał rację.

    Mało tego, jego reakcja mogła spokojnie być dużo bardziej stanowcza. Starczyło poprosić na salę straż marszałkowską i powiedzieć, jak to zgrabnie ujął mój ojciec, „proszę mi zabrać to gówno z fotela”.

    Słowo na koniec: Ja bardzo lubię panią profesor Gilowską. Serio. Wpadła na miejsce Czarownicy, bo do głowy przyszły mi tylko ona i poseł Senyszyn, a ta druga jest zdecydowanie mniej znana.

    Na ślepym torze historii często panuje największy ruch.Arnold Joseph Toynbee

    W ciągu tych kilku lat mojej internetowej aktywności zaangażowałem się w sporo różnych projektów i tworzyłem bądź współtworzyłem przeróżne serwisy internetowe. Od takich malutkich jak Caern-pl do gigantów w rodzaju Wikipedii. Niektóre się rozpadały, na inne brakło mi czasu, ale przez cały ten czas tylko z dwóch odszedłem trzaskając drzwiami. Dzisiaj będzie właśnie o tych dwóch przypadkach.

    Dawno, dawno temu był sobie serwis o grach fabularnych. Nazywał się Militarna Sieć Valkiria. Był militarny, zielony i ogólnie rzecz biorąc fajny. V-zajebisty, jak to się w tych dawnych czasach zwykło mawiać. Za działalność w serwisie (publikowanie swoich artykułów, dodawanie newsów, linków itd.) użytkownicy awansowali na kolejne stopnie, od szeregowca do admirała.

    Niestety, po jakimś czasie okazało się, że cały ten układ nie jest wcale taki fajny. U bardzo ograniczonej grupy ludzi z odpowiednim poziomem dostępu do wprowadzania poważniejszych zmian nie można się było doprosić o najprostsze nawet korekty. Od dawna obiecywane nowe, budowane ponoć od podstaw, forum okazało się być postawione na pospolitym i wszechobecnym phpBB (którego konfiguracja nawet mojemu psu nie zajęłaby więcej niż tydzień). Natomiast nowy, również pisany od pierwszych bitów (a jak!) silnik serwisu zmaterializował się jako kupiony za parędziesiąt dolców zestaw skryptów produkcji niemieckiej. Nie obeszło się też bez publicznego obrażania, degradowania i generalnie mieszania z błotem „nieprawomyślnych” (czytaj: tych, którzy ośmielali się twierdzić, że wcale nie jest tak V-zajebiście jak by się mogło wydawać).

    To już w zasadzie stare dzieje, które wspominam teraz przy piwie na różnych konwentach, uśmiechając się nieznacznie. Ale jakiś czas temu trzasnąłem drzwiami odchodząc z innego serwisu i przypomniała się Valkiria. Odczekałem trochę i teraz serwuję Wam całość na chłodno (przyprawioną do smaku pewną dawką ironii).

    Dawno, dawno temu był sobie serwis. Nazywał się Wielka Rzeczpospolita. Był militarny, z jajem i ogólnie rzecz biorąc fajny. Za działalność w serwisie (publikowanie artykułów, pisanie głupot na forum oraz „bo tak”) użytkownicy awansowali na kolejne stopnie, od podoficera do hetmana wielkiego koronnego.

    Niestety, po jakimś czasie okazało się, że cały ten układ nie jest wcale taki fajny. Szanowna Redakcja, jak przyjęło się tytułować właścicieli serwisu, była wręcz betonowo odporna na większość propozycji zmian i pomysłów. Ale to się jeszcze dało wytrzymać. I wytrzymywałem przez bardzo długi czas. Nie wytrzymałem natomiast wprowadzenia opłat za posiadanie konta w serwisie.

    Sposób wprowadzenia owych opłat jest wręcz podręcznikowym przykładem jak nie należy zarządzać społecznością internetową.

    Postawiono użytkowników przed faktem dokonanym. Nie było absolutnie żadnych konsultacji ze strony redakcji na ten temat. I nie chodzi mi tu o konieczność przeprowadzenia głosowania w jakikolwiek sposób wiążącego dla redakcji. W końcu to oni są właścicielami serwisu i zrobią z nim co chcą. Czasem jednak wypada zapytać o zdanie. Zapytać o zdanie ludzi, którzy od lat piszą artykuły, zapełniają serwis treścią i de facto są tym serwisem.

    To jednak jeszcze nie wszystko. Uruchomienie tej nowej „funkcjonalności” objawiło się użytkownikom w postaci złowrogiego krwiście czerwonego napisu „ważność konta: N dni”. Wyjaśnienie znaczenia tego tajemniczego omenu (czytaj: doproszenie się o wyjaśnienie od redakcji) zajęło biednym użytkownikom serwisu prawie tydzień. Przepływ infoczego? Radykalna przezroco? Bzdury jakieś.

    A dlaczego Szanowna Redakcja zdecydowała się na wprowadzenie opłat? Ano żeby zapłacić za serwer. Reklamy? Be, bo mało klimatyczne. Dobrowolne darowizny? A kto by tam coś dawał dobrowolnie w tym kraju…

    Ekhm…

    Raz: Jeśli ktokolwiek myśli, że ktoś, kto nie zapłaciłby dobrowolnie kilku złotych będzie płacił z przymusu za dostęp do niewielkiego serwisu humorystycznego i forum na którym niemal wyłącznie się spamuje, to jest w błędzie. Bardzo nawet. Albo się w zbudowaną przez siebie mini-społeczność wierzy albo nie.

    Dwa: Stowarzyszenie Wikimedia Polska, bilans na dzień 8.12.05: 1 867,52 PLN. Nie, nie porównuję tych dwóch serwisów. Wikipedia ma zasięg kilkaset razy większy (bardzo lekko licząc). Ale ta kwota została zebrana w przeciągu około 2 tygodni. A na opłacenie serwera starczy ułamek tej kwoty. A więc da się.

    Czasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że taki właściciel serwisu internetowego siedzi sobie w fotelu i myśli: „Co by tu jeszcze sp…?”

    A ja wam mówię, że Bóg ma też noce bezsenne.Maria Konopnicka

    Dzisiaj moim oczym ukazał się plakat, który mogę przybliżyć w sposób następujący:

    MIŚ
    PANDA
    INTERAKTYWNY

    Nad tym wszystkim był oczywiście wielki, niezwykle słodki pluszak z grubsza przypominający pandę.

    Interaktywny. Mój stary pluszowy miś Kolargol też był interaktywny. Rozmawiał ze mną, chodził na spacery i w ogóle fajny gościu był. A do tego miał założoną taką nowoczesną blokadę funkcjonalności audio – nikt poza właścicielem go nie słyszał. Kwestia ochrony prywatności.

    No nic, pozostało tylko zapakować prezenty. Najlepiej zipem.

    All art is quite useless.Oscar Wilde

    Jak podała dzisiaj „Gazeta Wyborcza”, LPR zabrała się za oczyszczanie z treści pornoreligijnych polskiej sztuki.

    Padło na spektakl wystawiany przez podlaski Teatr Wierszalin pt. „Ofiara Wilgefortis”. Sztuka, ponoć bardzo dobra, nagradzana i tak dalej, powstała na podstawie średniowiecznej legendy o świętej (sic!). W skrócie: Owa święta otrzymała od boga (w ramach cudu) twarz Jezusa, aby nie została wydana przez swego ojca za poganina. Ojczulek się zezłościł i wziął ją ukrzyżował.

    Mógłbym tutaj spróbować udzielić odpowiedzi na pytanie jakim cudem historia świętej może obrażać czyjeś uczucia religijne, ale byłaby to strata czasu. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Cóż, święta z twarzą Jezusa na krzyżu to jest w końcu rzecz bardzo skomplikowana. Łatwiej zobaczyć Jezusa z biustem. A o biustach, jak wiadomo, się nie dyskutuje…

    Un sot savant est sot plus quin sot ignorantMolier

    Dla wszystkich, którzy pogubili się w najnowszych scenariuszach apokalipsy spełnionej krótki FAQ.

    Q: Ej, ziom, o co chodzi z tymi aktami Układu Warszawskiego?
    A: Za Jaruzelskiego prowadzono gry wojenne, w których jednym z założeń było to, że na Polskę spadnie bomba atomowa.

    Q: Jaruzelski chciał na nas zrzucić atomówkę?!
    A: Nie. NATO. Według tego scernariusza, rzecz jasna.

    Q: Jakto? Przecież my jesteśmy w NATO!
    A: Teraz jesteśmy, idioto. Wtedy byliśmy w Układzie Warszawskim.

    Q: No dobra, NATO… Ale na rozkaz z Moskwy, prawda?
    A: …

    Q: E… A kto w ogóle wymyślił te bzdury? I po diabła?
    A: Ludowe Wojsko Polskie. Na wszelki wypadek, jak każde gry wojenne.

    Q: Ha! Czyli jednak Jaruzelski chciał żeby NATO zrzuciło na nas atomówkę, tak?
    A: Może lepiej by było gdyby jednak zrzucili tę bombę…

    On ne peut régner innocemment.Saint-Just

    Dość długo nic nie pisałem. A to dlatego, że naprawdę ciężko mi było zorientować się w tym, co się dzieję na naszej scenie politycznej. Teraz już wiem, choć szczerze mówiąc wolałbym nie wiedzieć.

    Moje przewidywania co do tego, że powstanie koalicja PO-PiS się nie sprawdziły. Zgadywać dlaczego tak się stało nie będę. Przez ponad tydzień słyszałem rzucane przez polityków PO w kierunku PiS zdania typu „Sami wiecie dlaczego”, z czego wnioskuję, że sprawa jest co najmniej bardzo zagmatwana albo bardzo wstydliwa. W przeciwnym razie bowiem zostałaby raczej od razu postawiona jasno. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że patrzę na dwóch 3-latków. PiotruŚ pyta z bezbrzeżnym zdziwieniem: „Dlaczego nie chcesz się ze mną bawić?” POldek natomiast, zadzierając nosa i robiąc kwaśną minę, odpowiada: „Sam wiesz dlaczego!”

    Dzisiaj przy śniadaniu dowiedziałem się z TVN24, że Polska „zawetowała” projekt budżetu UE. Redaktora, który wymyślił tytuł tego reportażu powinno się rozstrzelać (nie szykuje się czasem jakaś reforma kodeksu karnego?) za usiłowanie zabójstwa milionów ludzi przez zakrztuszenie. I za pisanie bzdur. Na szczęście (?) chwilę później wyjaśniono mi, że sprzeciw Polski nic nie zmienia, ponieważ starczy zgoda 2/3 członków Unii. Pozwolę sobie w takim razie postawić pytanie: To po jaką cholerę?! Gdyby to było faktycznie weto byłbym może i zły, ale w końcu taki mamy rząd, jeśli im się coś w tym budżecie nie podobało, to mieli prawo go zawetować. Ale zagłosować na nie tylko po to, żeby się pokazać? PiotruŚ z dzikim uśmiechem na twarzy rzuca kamykami w zamek zbudowany przez inne dzieci…

    Zmiana na stanowisku szefa WSI i plany jej rozwiązania, a także projekt rozwiązania prokuratur i sądów wojskowych? To tylko PiotruŚ bawi się żołnierzykami.

    Zniknięcie części ważnych przepisów antykorupcyjnych z projektu nowelizacji? PiotruŚ pokazuje język rodzicom, zwanym czasami wyborcami. Czasem naiwniakami. A za cztery lata można będzie ich naznwać po prostu idiotami.

    Wszyscy zginiemy.

    Aha, jeszcze jedno. Wszystkich Piotrów serdecznie przepraszam…

    Bardzo późno zdobywamy się na odwagę wiedzenia tego, co wiemy.Albert Camus

    Od ponad roku angażuje się coraz mocniej w projekt pod nazwą Wikipedia. Poprawiam, usuwam, dodaję i czytam na zmianę. Poznałem dzięki Wikipedii wielu wspaniałych ludzi i z pewnością poznam ich jeszcze więcej w przyszłości. Czytając jednak wypowiedzi niektórych współuczestników projektu na temat tego co powinno, a co nie, znaleźć się w Wikipedii, nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż nasze wizje tej encyklopedii są dość różne. Poniżej postaram się zaprezentować własną.

    Zacznę może od tego, czym Wikipedia nie jest. Otóż, moim zdaniem, nie jest w żadnym wypadku encyklopedią. Pod względem formy przynajmniej. Zanim popukacie się z politowaniem w głowę (nie wątpię, że u sporej części będzie to pierwszy odruch) spójrzcie na stojącą zapewne na waszych półkach Encyklopedię Powszechną PWN. Większość artykułów ma maksymalnie kilka zdań. Najważniejsze hasła są nieco dłuższe, ale i tak nigdy nie są długie. W Wikipedii natomiast krótkie artykuły oznaczane są specjalnie jako zalążki i od samego początku ich istnienia zachęca się do ich rozszerzania. Wszelkie skróty, tak charakterystyczne dla encyklopedycznego stylu pisania, są raczej niemile widziane. „Pełnoprawne” artykuły są właściwie felietonami, o dość swobodnym języku, nierzadko kwiecistym.

    Formę mamy z głowy, możemy przejść do treści. Zobaczmy… O, na przykład latarnia uliczna. Dla każdej encyklopedii powszechnej jest to koń. A „koń jaki jest, każdy widzi”. Wikipedia nie uznaje takich definicji. Można pisać o bałwanach, gwiazdach porno, czy o pokémonach.

    Wikipedia nie jest więc w żadnym wypadku encyklopedią w powszechnym rozumieniu tego słowa. Jest raczej encyklopedią encyklopedii. Połączeniem encyklopedii powszechnej z encyklopedią filmu, leksykonem technicznym, encyklopedią literatury, zwierząt, roślin, i pokemonów. A nawet czymś ponad to. Jest zbiorem całej ludzkiej wiedzy godnej zebrania.

    I to właśnie, nie „encyklopedyczność” w rozumieniu potocznym, powinno decydować o tym, czy dany artykuł powinien znajdować się w Wikipedii. Artykuł o panu Jurku, moim sąsiedzie, w żadnej encyklopedii nigdy by się nie znalazł. Wpis o pomocniku trzecioligowej drużyny z Podlasia już tak (hmm… strzelam: „Kompletna encyklopedia polskiej piłki nożnej”). Granica rzecz jasna nie zawsze jest jasna. Przecież ktoś mógłby napisać „Encyklopedię sąsiadów TORa”…

    Demokracja to taki ustrój, który gwarantuje nam, że nie będziemy rządzeni lepiej niż na to zasługujemy.Jacek Kuroń

    No to mamy prezydenta (niby to tylko sondaże, ale przy takiej różnicy nie ma możliwości, aby się myliły). Ponieważ zwykle zrzędzę o tym, co mi się w polityce nie podoba tym razem postaram się wskazać pozytywy. Na swój własny, zrzędliwy sposób, rzecz jasna.

    Włączywszy GG w jakieś dwie godziny po ogłoszeniu wyników ujrzałem szereg apeli o założenie czarnych wstążek, ciemnych ubrań i innych akcesoriów pokutniczych dnia następnego. Ludzie! Żałoba? No tu to się zdecydowanie komuś coś pomyliło. Zatem protest może? Ale, przeciwko czemu, na wszystkich bogów? Żyjemy w demokratycznym kraju, a to, między innymi, oznacza, że decyduje większość (tych, którzy chcą decydować). Tak wyszło i trudno. Jeśli się komuś zaistniała sytuacja nie podoba, to powinien być raczej za zmianą systemu na autorytarny, niż protestować przeciwko temu konkretnemu wyborowi. Takie protestowanie jest bezcelowe – za 5 lat możecie się, moi drodzy, znowu znaleźć w mniejszości.

    Za wielki sukces polskiej demokracji uważam frekwencję. A raczej jej tendencję wzrostową: w wyborach parlamentarnych było 40,19%, w pierwszej turze prezydenckich 49,74%, a w drugiej – około 51%. To znaczy, że Polacy potrafią się zmobilizować i zadecydować. To, na kogo głosują, jest sprawą drugorzędną. Jeśli ktoś jest przekonany, że to Tusk powinien wygrać, nie powinien się wściekać na tych, którzy zagłosowali na Kaczyńskiego, tylko na tych, którzy nie poszli zagłosować.

    Co dalej się będzie działo z tym bajzlem? Powstanie koalicja rządowa. Niestety przez te kilka tygodni zdążyło narosnąć wokół tego nieistniejącego jeszcze rządu sporo mitów i zabobonów. Datrio pisze, że PO i PiS w niczym się nie zgadzają. Bzdura, która wyewoluowała na gruncie ostrej kampanii wyborczej i była potem bezmyślnie powtarzana przez media. Obie partie chcą obniżyć podatki, obie są raczej konserwatywne jeśli chodzi o małżeństwa homoseksualne (choć PO nieco mniej), a co najważniejsze – obie chcą rządzić. Różnice oczywiście są, ale ta ostatnia wspólna cecha z pewnością pozwoli je przezwyciężyć.

    Z innej beczki: Umrę ze śmiechu, jeśli zamiast Marcinkowskiego premierem zostanie jednak Kaczyński. To by był majstersztyk strategii i planowania politycznego.

    What is the air-speed velocity of an nladen swallow?Monty Python and the Holy Grail

    W ramach dostrzegania powiązań absurdalnie alogicznych i konstruowania równie alogicznych alegorii w tej pokrętnej rzeczywistości…

    Nie mogę się ostatnio oprzeć wrażeniu, że występuję w jakimś filmie Hitchcocka. Właściwie to w bardzo konkretnym jego filmie – „Ptaki„. Mówię wam, one są wszędzie. Nie dość, że trzy kaczki biją się o najwyższe urzędy w państwie, to jeszcze teraz ta ptasia grypa. A jeśli te nasze kaczki zachorują? Bezkrólewie i tragedia murowana.

    Z ptasiej grypy się robi w mediach istną ebolę, chociaż trzeba być naprawdę zdolnym, żeby się zarazić (dla niezorientowanych: bezpośredni kontakt z zarażonym ptactwem w stanie surowym). Jedni rolnicy, najbardziej przecież narażeni, zachowują spokój ducha i nie panikują. Mimo ministerialnych zarządzeń ptaków nie zamykają. Bo po co?

    Z drugiej strony, ciekawe co będzie, kiedy H5N1 w końcu zmutuje (dla niezorientowanych: kwestia czasu, na prawdę) w H5N2 albo nawet w H6N66 i zacznie się przenosić ze spokojnych rolników na spanikowaną resztę społeczeństwa. Nic tylko łapać za kamerę. Oskar murowany. Może nawet zrobią specjalną kategorię dla horrorów dokumentalnych. Polska miałaby murowane statuetki przez najbliższą dekadę…

    Chyba sobie kupię kanarka.


    • RSS