tor blog

    Twój nowy blog

    Długość podróży każe mniemać, że się w końcu przybyło.

    Siedzi sobie człowiek przed tym szklanym ekranem, widzi przelatujące po nim ciągi znaków, a nie wie nawet, jacy wspaniali ludzie się za tymi znakami kryją, gdzieś tam, po drugiej stronie lustra. W miniony weekend uzupełniłem tę lukę w mojej wiedzy, udając się na Zlot Wikimedia Polska 2005.

    Chociaż muszę przyznać, że samo udawanie się nie było zbyt udane. Pociąg o 5:50. Żeby zdążyć musiałem wziąć taksówkę. Na dworcu czynne dwie kasy. Sznury ludzi, 10 minut do odjazdu. Bilet u konduktora. Dopłata 6 złotych… Ale dojechałem.

    Działo się sporo. Na początku, zgodnie z duchem wiki, wyedytowaliśmy sobie sale, tzn. przestawiliśmy ławki z jednej sali do drugiej, a potem z powrotem. Później miałem przyjemność wziąć udział w zbiorowej sesji zdjęciowej do dwutygodnika Ozon (swoją drogą, ciekawe co z tych zdjęć wyjdzie drukiem), okraszonej prześmiesznymi komentarzami, które pozwoliły nam jako tako wytrzymać kilka chwil siedzenia tudzież stania w miejscu.

    Po zakończeniu sesji zdjęciowej przeszliśmy do prelekcji. Dowiedziałem się m.in. ile kosztuje roczna prenumerata poważnego czasopisma naukowego (ponad 1 000 USD). Nie dowiedziałem się jednak na co idą te pieniądze (autorzy nie dostają nic, recenzenci też nie, a redaktorzy gorsze).

    Pod wieczór poszliśmy na wspólną pizzę, na którą niektórym przyszło nieco poczekać (lokal najwyraźniej nie był przygotowany na przyjęcie blisko 30 zamówień naraz).

    Następny dzień upłynął pod znakiem wprowadzania ostatnich poprawek do statutu Stowarzyszenia Wikimedia Polska i formalnej części zlotu – Spotkania Założycielskiego tegoż stowarzyszenia. Wybraliśmy zarząd i, dzięki bogom, udało nam się to wszystko zamknąć jak należy. Jakimś dziwnym trafem zostałem prezesem…

    W niedzielę po południu jechałem wraz z Julem, Lzurem, Ausirem i Tawem małym Fiatem Siena w kierunku Wrocławia. Oczywiście musiał się popsuć. Po co komu czarne koty? Starczy TOR. Ale dojechałem. Z pomocą pomocy drogowej i PKP.

    Wnioski: (a) kupić nowe buty, (b) kupić plan Krakowa i/lub helikopter oraz (c) [miejsce na twoją reklamę].

    Serdeczne podziękowania dla Grabi z rodziną (za miejsce do spania) i Jula z samochodem (za dobre chęci).

    Zachęcam do obejrzenia zdjęć ze Zlotu.

    Monarcha czasem bywa Kaligulą, czasem Markiem Aureliuszem. Lud nigdy nie bywa Markiem Aureliuszem.

    Kierunki w jakich potrafią się potoczyć rozmowy nie przestają mnie zadziwiać. Od żaglowców do ustrojów politycznych. Całość podsumowała Kasia stwierdzając co następuje (cytat z pamięci): Wolę demokrację od monarchii. W demokracji władza przynajmniej udaje, że obywatele mają coś do powiedzenia.

    A ja właśnie wolałbym monarchię. I to nie jakąś tam farsę z marionetkowym monarchą, który ma się szeroko uśmiechać do kamer i „panować, ale nie rządzić”. Nie, ja chciałbym porządną dziedziczną monarchię, z silną władzą wykonawczą skupioną w rękach władcy i parlamentem w roli zaworu bezpieczeństwa. Zabrzmiało pompatycznie i mało realnie? A pamiętacie Konstytucję 3 maja? Niestety, jest to w dzisiejszym demokratycznym świecie pogląd dość niepopularny i szanse na odpowiednie zmiany w Polsce są dość nikłe. A szkoda, bo zalety takiego ustroju są dość znaczne.

    Po pierwsze, powoduje sytuację, w której rządzą ludzie od kołyski kształceni do tego właśnie zadania. Nie hydraulicy, lekarze czy elektrycy z wąsami. A w republice? Co człowiek bez wyższego wykształcenia może zrobić po objęciu urzędu? Musi zacząć się uczyć rządzić. Kadencja trwa 4 lata. Przez dwa lata taki ktoś stara się w całym tym bajzlu połapać (pamiętajmy, że w tym czasie nic nie stoi w miejscu, i całe państwo wali się ktosiowi na głowę). Przez kolejne dwa lata ktoś stara się bardzo, żeby go wybrano na kolejną kadencję. Państwo dalej wali mu się na głowę, ale już go to za bardzo nie obchodzi. No dobrze, nie wali się, bo jakoś ten cały mechanizm przecież działa. A działa tylko dzięki rzeszom doradców. Tylko, że nie głosujemy na doradców, a na ktosiów. To nawet nie jest demokracja pośrednia, to jest pośrednia demokracja pośrednia. Witamy w Rzeczpospolitej Doradców.

    Po drugie, człowiek, który jest absolutnie pewien, że jego potomek za jakiś czas będzie musiał rządzić tym kawałkiem ziemi i garstką ludzi, będzie się o wiele bardziej starał by ziemia była bardziej mlekiem i miodem płynąca, a ludzie zadowoleni. Prawda, historia zna władców złych. Ale zna też dobrych. Ilu znacie dobrych polityków? Ja jestem skłonny zaryzykować trafienie na złego króla. Gorzej już i tak nie będzie.

    Po trzecie, historycznie rzecz biorąc, monarchia jest zwyczajnie bardziej skuteczna. Ile to spektakularnych sukcesów odniosła Polska jako republika? Jedna wygrana wojna z bolszewikami. Porażek jestem w stanie naliczyć nieco więcej. Można co prawda powiedzieć, że nie mieliśmy czasu by rozwinąć skrzydła, i pewnie będzie w tym trochę racji. Ale nawet patrząc globalnie, na republiki świata, widać tylko trzy, którym się powodziło: starożytną Grecję, starożytny Rzym i nie-starożytne USA. Przy czym należy zwrócić uwagę na fakt, iż pierwsze dwie były demokracjami bezpośrednimi, Rzym dużo lepiej sobie radził jako cesarstwo (tak samo zresztą jak później Francja), a Stany miały niebywale dogodne warunki geopolityczne (czytaj: cały kontynent dla siebie).

    Teraz… Co może zrobić taki monarchista jak ja, by promować jakoś swój wymarzony ustrój wśród współ-poddanych… er… -obywateli? Założyć bloga? Zrobione. Wstąpić do partii lub innego ugrupowania politycznego? No niebardzo.

    Wszystkie partie obecne w dzisiejszym sejmie odpadają z gruntu jako pro-republikańskie. Zostają takie ugrupowania jak Klub Zachowawczo-Monarchistyczny czy Unia Polskich Ugrupowań Monarchistycznych.

    Z deklaracji ideowej KZM (punkt pierwszy): Widzimy zatem konieczność uznania religii katolickiej za panującą w Państwie Polskim (z pełną tolerancją innych wyznań). Nie, dzięki.

    Ze strony internetowej UPUM: Całkowity koszt uzyskania w pełni wiarygodnego (na życzenie zainteresowanego, potwierdzonego notarialnie, za dodatkową opłatą), potwierdzenia szlachectwa jest umiarkowany. Żeby nikt nie mówił, że wyrywam z kontekstu: tak, potrzebne są stosowne dokumenty genealogiczne i nie, nie można sobie kupić herbu. Można, jeśli ma się herb, kupić sobie papier, na którym będzie napisane, że ma się herb. To jest ugrupowanie polityczne czy telezakupy?

    Cóż więc pozostaje? Nic poza okrzykiem „Niech żyje król!”

    I tylko czasem się zastanawiam, czy ten nasz orzeł to hipokryta, czy marzyciel, jak ja…

    Grey. You said green men. A Reticulan’s skin tone is actually grey.

    Środek lata. Nic się nie dzieje. Nudy.

    Jakiś czas temu na Starym Rynku w Poznaniu podszedł do mnie jakiś facet.
    – Co sądzisz o sezonie ogórkowym?
    – No… Nudy.
    – Wcale nie trzeba się nudzić! Zabij ogóra.
    To rzekłszy wręczył mi ogórka. Był to całkiem zwyczajny, świeży zielony ogórek z całkiem zwykłą nalepką z napisem „zabijogora.tutej.pl” (też zwykłym).

    Wygląda na to, że pomysłowe i/lub śmieszne reklamówki w telewizji przestały być gwarancją sukcesu. Prawie każda jest śmieszna, pomysłowa lub jedno i drugie (pomijając reklamy proszków do prania, past do zębów i podpasek). Ciężko się wybić.

    Tak więc strony internetowe reklamuje się rozdając ogórki na ulicy. Nowe kolekcje ciuchów promuje się obracając wybieg o 90 stopni w pionie, a salon fryzjerski – strzygąc modelki pareset metrów nad ziemią lub pod wodą. Brakuje tylko spotu wyborczego ze zlewozmywakiem w roli głównej.

    Ils sont fous ces Romains!

    Jak już pisałem wcześniej, blogosfera w Polsce nie wygląda zbyt ciekawie, a szukanie perełek przypomina poszukiwania igły w stogu siana. Co w takiej sytuacji można zrobić? Wziąć do ręki wykrywacz metalu.

    Asterix Mozilla
    Skrzyżowanie Mozilli z Asteriksem,
    rys. © Netscape

    Mam nadzieję, że takim powszechnie używanym wykrywaczem wkrótce stanie się Open Directory Project, a ściślej rzecz biorąc podkategoria Blog/Osobiste/, której właśnie zostałem redaktorem.

    Dla niezorientowanych: ODP jest największym edytowanym przez ludzi katalogiem stron internetowych. Tworzony jest przez ochotników z całego świata. Z jego zasobów korzystają wszystkie liczące się wyszukiwarki internetowe.

    It’s been a long road
    Getting from there to here

    Ostatnio spędziłem nieco czasu na wymóżdżaniu settingu w konwencji science fiction celem poprowadzenia znajomym kilku sesji RPG w klimatach nieco odmiennych od wałkowanego przeze mnie ostatnio klasycznego fantasy. Setting nie wyszedł co prawda zbyt oryginalny (zobaczymy jak to się sprawdzi w praniu), ale przy okazji zacząłem się zastanawiać nad pewnymi sprawami…

    Rozwój człowieka na przestrzeni tych setek tysięcy lat istnienia gatunku to zadziwiająca rzecz. Homo sapiens powstał 150 000 lat temu. 50 000 zajęło naszym przodkom doczłapanie się do pierwszego w historii wielkiego odkrycia geograficznego – opuszczenia skrawka lądu, który później nazwany zostanie Afryką. Kolejne 100 000 (no, prawie) zajęło im dojście do tego, że ten dziwny przedmiot, który się toczy można nazwać kołem (w oryginale prawdopodobnie „ugh-ug”) i wykorzystać do czegoś pożytecznego. Potem, jak już człowiek potrafił się toczyć, wszystko się… potoczyło. Z górki. Około 5 500 lat później, w roku 1522, dobiegła końca zapoczątkowana przez Ferdynanda Magellana podróż dookoła świata. A już w 439 lat po zawinięciu Victorii do portu byliśmy w kosmosie. Potem w osiem lat dostaliśmy się na księżyc. 36 lat przerwy na badania orbitalne i już mamy lądowanie Pathfindera na Marsie…

    Z tysięcy lat pomiędzy kolejnymi przełomami zrobiły nam się nagle dziesiątki. I chociaż ta galopująca eksploracja musi się kiedyś zatrzymać lub chociaż zwolnić, to napawa ona pewnym optymizmem i dumą z osiągnięć tego małpopodobnego stworzenia. Kto wie, może przyjdzie mi kiedyś postawić stopę na alei Ziemskiej, głównej arterii komunikacyjnej pierwszej ludzkiej kolonii na czerwonej planecie…

    Dziś 36. rocznica lądowania Orła na księżycu. Z tej okazji wraz z Google zapraszam Was do odbycia wirtualnej wycieczki po Morzu Spokoju.

    Przedziwne rzeczy można czasem znaleźć w sieci. Podczas ostatniego padu serwera blog.pl postanowiłem sprawdzić, czy Tor Blog został już może przypadkiem zarchiwizowany w Internet Archive. Jakież było moje zdziwnienie, gdy trafiłem na wersję strony http://tor.blog.pl/ z 6 czerwca 2004. Tor Blog powstał 8 maja 2005… Ot, taka ciekawostka.

    Blogito ergo sum.

    Kiedy zakładałem tego bloga, nieco ponad dwa miesiące temu, wielu moich znajomych patrzyło na mnie jak na idiotę. Padały oskarżenia o ekshibicjonizm lub czasową utratę poczytalności. W najlepszym wypadku spotykałem się z podejrzliwością i dystansem do pomysłu. Trudno się dziwić. Nie jestem Elizką, zakompleksioną nastolatką z problemami, więc do profilu typowego polskiego blogera nie pasuję…

    A teraz uwaga, przekraczamy wirtualne granice naszego kraju. Klik. Już. I co widać na szerokich wodach międzynarodowej Sieci? Każda większa firma ma bloga (weźmy choćby Google). Mało tego, według Jonathana Schwartza, cytowanego przez BWOnline w artykule Blogging for Business, każdy szanujący się menadżer powinien prowadzić bloga.

    Coraz śmielsze stają się też głosy twierdzące, iż blogi powoli stają się konkurencją dla tradycyjnych mediów, na przykład artykuł Blogi zwiastują koniec prasy? na blogu nextmedia zawierający garść ciekawych statystyk, czy też artykuł Marka Lenarcika pt. Nie wierz telewizji, czytaj blogi! zamieszczony w najnowszym CHIPie, w którym zarysowane są przyczyny takich tendencji. Oba artykuły zaznaczają jednak, że „problem” nie dotyczy Polski…

    Całą światową blogosferę można podzielić na dwie części: (a) ekshibicjonizm internetowy oraz (b) quasi-publicystykę. To tylko model, więc szarą strefę po środku pomijamy. O ile Elizek-ekshibicjonistek mamy na naszym podwórku całe mnóstwo, to publicystów jakoś nie widać zbyt wielu. Może po prostu boją się tej powodzi „nieprzyzwoitości” jaka ich otacza i nie wychodzą z domu?

    Wytworzył nam się w Polsce stereotyp stawiający znak równości między blogerem a Elizką i między blogiem a ekshibicjonizmem. Uwaga, puenta: stereotypy są złe.

    Na zakończenie pozwolę sobie jeszcze zaznaczyć, że nie mam nic przeciwko Elizce. Naprawdę. Z pewnością fajna z niej dziewczyna, a jej koleżanki z klasy chętnie czytają notki na jej blogu. Tylko że ja jej nie znam i nie mam czego tam szukać. Poza tym lubię różnorodność, a wszędzie widzę tylko klony Elizki. Ale kto wie, może w przyszłości panna Eliza będzie poczytną autorką, której publicystyczny blog będą codziennie odwiedzać tysiące osób… Oby.

    Po kilku dniach zmagań z kodem wreszcie skończyłem nowy design. Ładny, prawda?

    Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy w ten czy inny sposób pomogli mi w doprowadzeniu tego projektu do końca.

    Po drodze dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy na temat (nie)działania wspaniałej przeglądarki internetowej jaką jest Internet Explorer. Teraz do wyliczanki patrysa pt. Standards versus reality mogę dorzucić własne trzy grosze. Otóż, IE w pewnych określonych kontekstach interpretuje znaki tabulacji i spacje (sic!) przesuwając odrobinę elementy graficzne.

    Ponieważ wiem, że nie wszyscy są w stanie zrozumieć wagę powyższego stwierdzenia, a ze statystyk wynika, że niektórzy z Was wciąż jeszcze korzystają z IE, pozwolę sobie na prosty mały apel: Na wszystkich bogów, zmieńcie przeglądarkę! Ściągnijcie Firefoksa, Operę albo cokolwiek innego, ale nie korzystajcie z tego cholerstwa! Ech… Bill Gates na Marsa.

    Mógłby się tutaj jeszcze znaleźć obszerny felieton na temat rzeźbienia w gównie, ale myślę, że poczeka na inną okazję.

    Frag nicht was der Staat gegen dich tut. Frag was du gegen ihn tun kannst.

    Tydzień dopiero się zaczął, a tu już takie dobre wiadomości. Pierwszą przemilczę, zgodnie z koncepcją tego bloga, natomiast druga jest taka, że będę miał na kogo głosować.

    Do dziś byłem przekonany, że pójdę głosować przeciw wybuchowej mieszance rasizmu z populizmem (patrz Komentarze IV: Antifa). Teraz już wiem, że jednak zagłosuję za polityką rozważną i umiarkowaną. Cimoszewicz kandyduje.

    Derbeth widząc moją radość wynikającą z tego faktu powiedział:

    nie wiedziałem, że z ciebie taki lewicowy aktywista ;)

    Otóż – nie jestem lewicowym aktywistą. Do ideologii lewicowej bardzo mi daleko, jestem liberałem. Ale w obecnej sytuacji politycznej i przy takim wyborze kandydatów bez wahania postawie krzyżyk przy nazwisku Cimoszewicza. Będzie dobrym prezydentem.

    Sanity is not statistical.

    Miałem o tym nie pisać. Nie chciałem. Oklepane, wszyscy o tym trąbią, sytuacja jasna i wiadomo, kto ma rację. Przynajmniej ja wiem. Nie ma o czym pisać. Przetrzymałem więc Kaczyńskiego i cały ten szum wokół Parady Równości i już myślałem, że mam to za sobą. Ale nie, tego nie przepuszczę…

    Telewizja TVN 24. Reportaż z Parady Normalności. Cytat z pamięci. Reporterka podchodzi do dwóch młodych uczestników parady. Zadaje jakieś pytanie, którego w materiale nie słychać.
    – Nie tolerujemy geji. Gejostwa. – pada odpowiedź.
    – Dlaczego?
    Młody człowiek wygląda na bardzo zaskoczonego. Widać, że przez ułamek sekundy myśli.
    – Konkretnie to nie wiem dlaczego. Nie tolerujemy i tyle.
    – To jest przeciwko prawom boskim. – ten drugi rusza na ratunek zagubionemu koledze.
    – Ale jakim prawom boskim? Przecież tacy ludzie istnieją, więc… – nie daje za wygraną dziennikarka (trzeba jej przyznać, wytrwała jest).
    – No ale na przykład w hitlerowskich Niemczech ich nie było…

    Przez pół minuty siedziałem z otwartymi ustami na fotelu. Potem zacząłem się śmiać. Giertych na prezydenta.


    • RSS