tor blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: refleksje

    Zmarł Ryszard Kapuściński. Zmarł, a ja nie zdołałem przeczytać jeszcze ani jednej jego książki. Nie znam go więc wcale.

    A jednak… smutno mi, Boże. Smutno, bo w takich chwilach bardzo boleśnie widzę, jak świat przecieka mi przez palce, kropla po kropli.

    Jest 23 stycznia. Początek roku. A odeszło już tylu ludzi. Kiedy dziś zaglądałem do kategorii zmarli w 2007, były tam 52 osoby. W 23 dni. Za szybko.

    W pokoju obok telewizja emituje wywiad z Kapuścińskim. Mówi o nierównościach na świecie. O podziale na biednych i bogatych. O terroryzmie, mediach, o współczesnym świecie. Inteligentnie, z namysłem, a jednocześnie z przekonaniem i pewnością co do własnych, pracowicie ukształtowanych poglądów i zdobytej wiedzy. Szkoda.

    A jednocześnie… Gdzież on był przez te ostatnie lata? Ile razy słyszałem o nim w mediach? Nie pamiętam. Cóż za dziwny świat, w którym trzeba umrzeć, żeby świat sobie o tobie przypomniał. A potem zapomni znowu.

    Moje noworoczne postanowienie: nie zapominać.

    Dziwne… Chyba przeżyłem to bardziej niż śmierć Jana Pawła II. Może dlatego, że to tak nagle?

    Nie, nie będę Wam składał życzeń świątecznych. Od tego macie rodzinę i przyjaciół.

    Ale wskażę Wam kolejne szczególne miejsce w internecie – wpis do bloga wart milion dolarów.

    Pod tym kapitalistycznie brzmiącym tytułem Austin Hill i jego koledzy z gifter.org ukryli inicjatywę polegającą na przeznaczeniu 1 USD na cele dobroczynne za każde życzenie, które pojawi się w komentarzach do powyższego wpisu.

    A jakie jest Twoje życzenie?

    Dzisiaj, zamiast rozwodzić się na tematy polityczne, zaproszę Was, drodzy czytelnicy, do przeczytania króciutkiego tekstu mojej dobrej znajomej – Rozmowa za skazańcem.

    Dlaczego? Bo ja też, tak jak Kasia, „wierzę w ludzi i w sens pomagania im”.

    Chciałem o tym napisać wczoraj, tuż po meczu Anglii ze Szwecją, ale byłem tak rozbity tym remisem, że spasowałem. No właśnie… Bo ja to zacząłem, moi drodzy, oglądać mecze piłki nożnej (sic!). A stało się to dzięki bet-at-home.com. Ale to już zupełnie inna historia…

    Do rzeczy. Chciałem się podzielić refleksją, która naszła mnie po obejrzeniu występu drużyny Anglii i porównaniu go z grą reprezentacji Polski. Refleksję tą można streścić w czterech słowach: Z czym do ludzi? Kto przy zdrowych zmysłach mógł choćby przypuszczać, że Polska mogłaby mieć cień szansy na wyjście z grupy? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że oni grają po prostu średnio tudzież miernie.

    Podania piętą, wyrafinowane zwody, trzy podania w ciągu niecałych dwóch sekund. Konia z rzędem temu, kto zauważy te i inne podobne elementy w grze Polaków.

    Skąd się zatem bierze mit polskiej piłki? Mit, który każe ogromnym rzeszom Polaków wierzyć, że ich drużyna może na imprezie tej rangi wygrywać? Zgoda, zajęliśmy trzecie miejsce na MŚ w ’74. Zdobyliśmy medal olimpijski. I co z tego? Gdyby jeden człowiek na podstawie zdarzenia sprzed ponad 20 lat oczekiwał jakichś konkretnych rezultatów dziś, wysłano by go do psychiatry. Co zrobić, kiedy robi to cały kraj…?

    Gdy wczoraj rozmawiałem o tym z Piotrem Cywińskim, powiedział on, że jest różnica między piłką nożną a footballem. Amen.

    Nie jestem osobą, która łatwo trzyma język za zębami. Owszem, prywatnych sekretów mi powierzonych staram się nie zdradzać, ale już z tymi dotyczącymi jakichś większych projektów mam problemy. Bo czemu niby nie wolno mi pochwalić się tym, że… No właśnie. Ech…

    Ale to jest jeszcze nic. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że na forach serwisu Candlekeep można zadawać pytania Edowi Greenwoodowi (twórcy świata Zapomnianych Krain). I faktycznie, ludzie pytają o najróżniejsze szczegóły, od bardzo szczegółowych pytań o konkretnych bohaterów po takie tematy rzeki jak obecność kawy czy herbaty w Krainach. I Ed zwykle odpowiada, pisząc istne elaboraty, rzucając tonami informacji, których nikt się nie spodziewał.

    Zwykle, ponieważ o niektórych aspektach tego, bądź co bądź stworzonego przez niego od podstaw, świata mówić nie może. Dlaczego? A bo na przykład licencję na opisywanie Wrót Baldura ma firma Interplay (wydawca serii gier komputerowych spod znaku Baldur’s Gate). Bo na temat tego czy tamtego bohatera R.A. Salvatore pisze akurat powieść. Bo świat musi być spójny. Bo się podpisało cyrograf… tfu… NDA.

    Na poziomie makro to się niby wszystko zgadza. Czytelnicy i gracze oczekują, że ich ulubiony setting będzie się „trzymał kupy” i że różni tworzący go autorzy nie będą sobie nawzajem przeczyć. Ale jak tylko zejdziemy o poziom niżej, poziom na ktory Ed siedzi sobie w swoim domku w Ontario, nie jest już tak różowo.

    Facet spędził lata swojego życia dopieszczając niezwykle rozbudowany zbiór pomysłów i idei jakim są Zapomniane Krainy. Po czym ten zbiór sprzedał, żeby mieć co jeść. I co? Teraz nie ma nad nim praktycznie żadnej kontroli. Nie może o nim nawet bez przeszkód mówić. Musi za to ostrożnie poruszać się w labiryncie przeróżnych kontraktów i umów, a nie jest przecież prawnikiem, tylko bibliotekarzem.

    Czasem mam wrażenie, że kapitalizm to wytwór Szatana.

    Dzisiejszy odcinek Tor Bloga dedykuję wszystkim polskim stacjom telewizyjnym, wydawcom kolorowych pism dla pań, przemysłowi filmowemu oraz Jego Świątobliwości Benedyktowi XVI, który co środę dziękuje Polakom za swego poprzednika. Aha… I całym rzeszom moich kochanych rodaków.

    Może byście tak wreszcie łaskawie przestali się oglądać za siebie i zaczęli iść naprzód, co? Jeśli ten człowiek był dla całego świata takim wzorem, to czemu u licha wszyscy poprzestają na wspominaniu, zamiast po prostu żyć według jego nauk? Za trudne czy jak?

    Cała sytuacja przypomina trochę scenę z filmu Fight Club (Podziemny Krąg), kiedy to grupa uczestników projektu Mayhem stoi nad zmarłym kolegą i powtarza bezmyślnie „His name is Robert Paulson. His name is Robert Paulson.”

    Sponsorem dzisiejszego odcinka jest wydawca komiksu The Incredible Popeman (kimkolwiek by nie był).


    • RSS